czwartek, 25 czerwca 2015

Rozdział 5

                O przylocie senatorów szeptano w Iziz już od wielu dni, jak nie od tygodni. Ciężko było nie wiedzieć, co ma się dziać w stolicy Onderonu w najbliższym czasie. Jeśli nie usłyszało się plotek wymienianych gdzieś między straganami z owocami, dało się to wywnioskować chociażby z wielkich starań zarządu miasta, żeby nadać stolicy jak najlepszy wygląd. Ulice zostały wysprzątane z taką dokładnością, że nawet pierwszy lepszy zbłąkany gryzoń wydawał się błyszczeć. Najważniejsze budynki, największe place i wszelkiego rodzaju pomniki przeszły jeszcze dokładniejsze czyszczenie. Miejska roślinność też nagle zrobiła się jakaś zieleńsza i bardziej kolorowa; podobno wymieniono nawet wodę w fontannach, oczywiście po dokładnym ich wyczyszczeniu. Oczywiście najwięcej miało się dziać w samym pałacu, ale o tym wiedziało już o wiele węższe grono ludzi. Nie dało się nie zauważyć, że coś się szykuje. Nie, żeby rząd po niedawnej okupacji mógł sobie pozwolić na wiele. Sytuacja planety była dość niepewna dzięki niezbyt długim, ale niszczycielskim rządom króla uzurpatora. Stanowiło to też jeden z powodów całego obecnego zamieszania.
                Mikhail miał na ten temat nieco inne poglądy. Może i obchodził go los rodzinnej planety, ale bardziej obchodziła go jego własna sytuacja. Taki wielki zlot oznaczał, że w mieście pojawi się sporo bogatych frajerów, których będzie łatwo okraść. No może nie zaraz tak łatwo, ale z doświadczenia wiedział, że im większą kwotę ma się na koncie, tym łatwiej jest zapomnieć o pilnowaniu portfela. Już wielu takich lekko odchudził z niepotrzebnych kredytów. Poza tym senatorowie mogą zabrać ze sobą też swoje potomstwo, a to oznaczało, że i przez naiwnych, zbuntowanych lub poszukujących przygód, rozpieszczonych dzieciaków, on da radę się wzbogacić. Już wcześniej to zaplanował. Kiedy jego dobry znajomy, stary kanciarz i sprzedawca warzyw, Rolfe sprzedał mu plotkę, że szykuje się w pałacu większa impreza, Mikhail wybadał sprawę i już od kilku tygodni był na liście tymczasowo zatrudnionych w pałacu. Jeszcze nie wiedział, co dokładnie mu się trafi, ale posługując się swoimi sprawdzonymi, lewymi papierami, niezłymi bajkami w życiorysie i faktem, że już kilka razy tak „dorabiał”, prawdopodobnie załatwił sobie jakąś dobrą posadkę. Jeszcze nikt się nie zorientował, że największe sumy, jakie wynosił z pracy w pałacu były niezbyt legalnie zarobione.
                Plan był dość prosty. Miał przez te kilka, do kilkunastu dni grzecznie pracować, jak przystało na biednego chłopaka osieroconego w wyniku nieszczęśliwego wypadku, a dzięki kilku specjalnym darom od losu niepostrzeżenie wzbogacać się w błyszczące klejnoty, które potem opchnie za niezłe sumki, pobrzękujące kredyty i ewentualne inne kosztowności, które jedynie zajmują miejsce w walizkach bogatszych od niego. Nie miał wyrzutów sumienia, każdy z tych polityków po prostu będzie miał nieco mniej do wydania, ewentualnie kupi sobie nowy holofon, a on zapewni sobie i Ansel spokojne życie na kilka kolejnych miesięcy. Słyszał też, że przy okazji ma się odbyć jakaś zabawa czy coś w tym stylu, a znając ich władze, prawdopodobnie zwykłym obywatelom również pozwoli się na nieco rozluźnienia. Jeśli był powód, dla którego mógł nienawidzić Separatystów bardziej niż po barbarzyńskim potraktowaniu ich planety, to był nim brak środków na zorganizowanie tradycyjnego, przypadającego akurat na ten tydzień festiwalu z okazji letniego przesilenia. Polegało to na tym, że przez równe siedem dni organizowano najróżniejsze atrakcje, sprzedawano tyle dobrego żarcia, że matki bały się wychodzić na ulice z dziećmi, wieczorami odbywały się najróżniejsze imprezy. Ogółem, radujcie się ludzie, najlepiej wszyscy chodźmy wyznawać miłość do wszechświata i napijmy się jeszcze trochę wina! Jednak po okupacji najpierw należało zająć się sprawami najważniejszymi, ale być może w ramach najbliższych wydarzeń i zwykłym obywatelom coś się dostanie.
                Popatrzył w lustro, żeby się upewnić, że niebieski uniform, jaki przydzielono mu na czas pracy w pałacu, leży na nim całkowicie idealnie. Zawsze sprawdzał to jedynie z przyzwyczajenia, na nim wszystko leżało idealnie. Mogła to być zasługa smukłego, ale dobrze wyćwiczonego ciała albo po prostu szczęścia, na którego brak nie potrafił się uskarżać. Może nie żył tak, jak sobie kiedyś wymarzył, ale biorąc pod uwagę, jak mógł skończyć, po zniknięciu matki, było naprawdę dobrze. Zapewnienie sobie i siostrze pieniędzy na życie nie sprawiało mu kłopotów, chociaż nie należeli do bogatych. Mimo to byli szczęśliwi, nie musieli się martwić każdym groszem, tak, jak większość sierot, tak naprawdę nie przejmowali się wieloma sprawami. Żyli trochę jak piraci, chociaż w mniej brutalnej rzeczywistości. Śmiali się przyziemnemu światu prosto w twarz i okradali go tylko z tego, co najlepsze. Mikhail nie chciał, żeby to się zmieniało.
                - Ansel, wychodzę! Postaraj się nie spalić domu przez te kilka dni! – zawołał, przeskakując mały salon kilkoma krokami. Ich mieszkanie też nie należało do największych, ale wcale im to nie przeszkadzało. Dwa pokoje, salon, kuchnia i łazienka, to i tak było dużo. Właśnie z jednego z pokoju wychyliła się głowa jego siostry. Mieli te same, potargane przez wiatr czarne włosy, chociaż jej były o wiele dłuższe. Dziewczyna zmierzyła go spojrzeniem jadowicie zielonych oczu i uśmiechnęła się kpiąco. Wiedział, że chciała iść z nim. I pewnie przyjdzie, jeśli będzie okazja. Nie lubiła zostawać w tyle, a on nie lubił, kiedy wplątywała się w zbyt wielkie kłopoty.
- Postaraj się zaliczyć jakiegoś ładnego frajera – powiedziała opierając się o framugę. Uśmiechnął się do niej szeroko obiecując, że nie będzie się nudził i wyszedł na zalany przedpołudniowym słońcem plac.

***

                Była zła. Nie, wróć, była wściekła. Oczywiście nie na Padme, ona akurat starała się poprawić jej humor, ale kiedy Ahsoka patrzyła na dwóch przedstawicieli płci męskiej idących przed nią i panią senator, miała ochotę obu zdzielić walizką. Między nogi, tak byłoby najlepiej. Nie interesowało ją, jakie problemy mogłaby mieć z tego tytułu Padme lub, w ewentualnej przyszłości, James. Chciała uderzyć tam, gdzie zaboli ich najbardziej. Jakby tego było mało, gdyby nie senator Amidala, wcale by się nie dowiedziała gdzie i po co lecą, aż do samego przylotu. W ten sposób miała bardzo mało czasu na przygotowanie psychiczne przed spotkaniem z kolejnym denerwującym przedstawicielem płci męskiej. W dodatku dla tego musiała być miła, bo dorobił się posadki senatora! Od dawna była zdania, że Lux Bonteri powinien nosić na szyi specjalną tabliczkę z napisem „Uwaga, kłopoty!”, ale żadna ustawa tego nie obejmowała. Jakby tego było mało (A WCALE NIE BYŁO), nadal nie miała pojęcia jak się wobec niego zachowywać. Raczej nie powie do niego „Cześć. Już ci lepiej, po tym jak dziewczyna, w której się zabujałeś spadła przeze mnie z klifu?”, już nawet pomijając to, że jej nastroju nie poprawiał fakt, że niezbyt się lubiły… Jeśli to nie były powody, do bycia wściekłą, to nie wiedziała, co mogło nimi być. A myśl, że jako Jedi powinna się kontrolować (o czym raczył przypomnieć jej Skywalker, perfidnie się podśmiewając) wcale nie pomagała.
                Platforma lądownicza znajdowała się w cieniu, co było przyjemnym ułatwieniem, biorąc pod uwagę, że na planecie akurat zaczynało się lato. Mimo to nadal było potwornie ciepło. Powitał ich, jak się obawiała, senator Bonteri. Gdyby byli sami, powiedziałaby mu, że tym dyplomatycznym uśmiechem bardziej się prosi, żeby dostać w zęby, niż żeby zacząć jakąś przyjemną konwersacją. Dodając do tego jego wiek, szybciej skojarzyłby się z chłopakiem, próbującym nie podpaść zaborczemu ojcu jakiejś ładnej dziewczyny z sąsiedztwa, niż z poważnym senatorem. Poza nim pojawiło się jeszcze czterech mężczyzn, może nieco starszych od niej i Nathe’a, ubranych w niebieskie uniformy – prawdopodobnie pałacowi chłopcy, obsługujący gości, a przy drzwiach zauważyła ciemnoskórego gwardzistę, w którym rozpoznała Sawa Gerrerę. Chłopak się dorobił, od rebelianta, do gwardzisty? No nieźle.
                - Senator Amidalo, niezmiernie się cieszę mogąc panią powitać – Lux skłonił się lekko przed Padme. Ahsoka w tym czasie zdążyła kilka razy wewnętrznie umrzeć ze śmiechu. Obsadzanie posad senatorów chłopakami w jej wieku powinno być konstytucyjnie zabronione. Może też z powodu komizmu tej sceny nie zauważyła, że Anakin i Nathe odsunęli się na boki, żeby pozwolić senator przejść, tym samym odsłaniając ją przed całym światem. Nie liczyła na to, że jej obecność zostanie niezauważona. Nie, Lux był przypadkiem upierdliwym i zawsze robił to, czego nie chciała, więc wpadłby na nią nawet, jeśli teraz zrobiłaby się niewidzialna. Ale Lux był Luksem i nie miała zamiaru zbyt wiele o nim myśleć, bo miał też to do siebie, że kiedy o nim myślała, działy się niebezpieczne rzeczy. Nie chciała, żeby znowu ktoś spadł z klifu.
                - Ja również cieszę się, widząc cię całego… senatorze Bonteri – odparła Padme z ciepłym uśmiechem, który wydawał się prawie matczynny. Może właśnie przez to Ahsoka poczuła małe ukłucie zazdrości. Wiedziała, że Padme była blisko z matką chłopaka i może czuła się też trochę odpowiedzialna za niego, ale Tano przez te ostatnie kilka tygodni była przekonana, że dopóki Anakin czegoś z nią nie spłodzi (BROŃ MOCY! To byłoby straszne!), ona będzie jedyną osobą, którą senator traktuje prawie, jak część swojej rodziny. Nie, żeby jakoś specjalnie wiązała z tym swoje życie, ale… No jednak było jakieś „ale”, tylko sama nie wiedziała jakie. A może po prostu Lux już wyrabiał standardową normę wkurzania jej na każdym kroku?
                Po tej krótkiej wymianie uprzejmości wzrok młodego senatora prześlizgnął się na trójkę Jedi. Tano widząc to jeszcze bardziej się wyprostowała starając się wyglądać na znudzoną. Nie chciała widzieć wyrazu jego twarzy, kiedy na nią spojrzy. Może wiązało się to z tym nieszczęsnym wypadkiem na klifie, a może po prostu bała się parsknąć śmiechem, ale jedna i druga opcja wydawały się okropne. Zamiast tego skontrolowała jak ma się złotowłosy zdrajca stojący po lewej. Okazało się, że ten też akurat spojrzał na nią. Uniósł lekko brew i uśmiechnął się kpiąco i gdyby nie to, że z nim zawsze były kłopoty, uznałaby, że robi się groźnie. Mogła też łatwo powiedzieć, co sądzi o Luksie. Potrafił wyrobić sobie zdanie w ciągu kilku sekund, a jeśli Nathaniel Shane posiadał jakąkolwiek zasadę, była nią szczera niechęć do ludzi wywodzących się z wyższych klas społecznych. Chłopak szybko odwrócił wzrok i spojrzał na Bonteriego. Wyraz jego twarzy się zmienił, uśmiech stał się bardziej opanowany, chociaż kryło się w nim wyzwanie; prowokująco uniósł jedną brew. Ahsoka miała nadzieję, że chociaż powstrzyma się od rzucenia czegoś głupiego. Znała ich obu, chociaż Luksa słabiej, ale wolała nie utknąć pośrodku cichego konfliktu dwóch facetów, którzy potrafili zachowywać się gorzej, niż nastolatki walczące o względy najgorętszego chłopca w szkole. To byłoby straszne.
                - Generale Skywalker, nasz zarząd bezpieczeństwa został już odpowiednio poinformowany. Jeśli pan chce, może się pan z nimi spotkać. Saw – skinął dłonią na stojącego przed wejściem chłopaka. – zaprowadzi pana.
                Naprawdę, ten formalny ton powinien być zakazany. W ustach Luksa brzmiał po prostu śmiesznie, chociaż chłopak używał go dość często, ale ona nigdy się do tego nie przyzwycziła. Sytuację pogarszał fakt, że teraz rozmawiał z Anakinem. Bonteri miał tyle szczęścia, że Skywalker znał ich historię w dość okrojonej wersji, więc względnie nie powinien mieć powodów do darzenia Luksa jakąkolwiek niechęcią. Gorzej, że jej mistrz potrafił wyciągać bardzo absurdalne wnioski z byle czego. Na szczęście Skywalker stwierdził, że skorzysta z propozycji, posłał jej i Nathe’owi spojrzenie „Nie spalcie pałacu” i odszedł z Sawem.
                Tymczasem Lux jakby nabrał trochę pewności siebie (ehe, jasne, a na Carlac był taki odważny!) i pozwolił sobie spojrzeć na nią. Nie chcąc uciekać wzrokiem czy dawać mu powody do myślenia sobie zbyt wiele, odpowiedziała na spojrzenie starając się sfingować numer Nathe’a z brwią. Co z tego, że nie miała brwi? Szczegół, ważne, żeby Bonteri poczuł się chociaż trochę zbity z tropu.
- Ahsoka… Dobrze cię widzieć. – Nie wiedziała, jak dokładnie to zinterpretować. Wiedziała, że jej sprawa była nagłośniona, więc musiał coś usłyszeć i widziała to w jego oczach. I trochę ją to irytowało, może nie miało to wielkiego znaczenia, ale zawsze pokazywała mu się jako Jedi, nie pokrzywdzona nastolatka, a to mógł w niej teraz widzieć. To było nie fair! Ona tak go nie traktowała, a podczas ich drugiego spotkania naprawdę był… zagubiony? Nie mówiąc o tym, że popełnił tyle fatalnych błędów…
- Ciebie też. Czy mam się zwracać „per senatorze”? – odpowiedziała. Gdyby miała teraz drugą parę oczu, chętnie przyjrzałaby się reakcji drugiego padawana, ale musiała ją ominąć ta przyjemność.
- I tak zrobisz to, co będzie ci bardziej pasować – wzruszył ramionami i uśmiechnął się uderzająco naturalnie, jak na maskę polityka. – Zaprowadzę was do apartamentów – dodał jeszcze i skinął na służących.
                Chłopcy w niebieskich uniformach ruszyli jak na zawołanie. Zerknęła na Nathe’a, żeby przypomnieć sobie, że nie będzie w tych dyplomatycznych męczarniach sama. Razem będą powoli umierać w politycznym piekle.
- Mogę? – Podszedł do niej młody chłopak, nieco starszy, o głowę wyższy, czarnowłosy, szczupły… Zdążyła to zarejestrować, kiedy gapiła się na niego w osłupieniu. Z reguły nikt jej nie pomagał, nawet tego nie chciała, a on tak naturalnie schylił się po jej walizkę, jakby od lat uczył się, żeby zrobić to właśnie teraz, a przy tym uśmiechnąć się tak szczerze, jak tylko się dało. Czasami ciężko jej było zrozumieć takich ludzi. Jakby cieszył ich sam fakt pomagania ludziom wyżej postawionym. Odruchowo cofnęła rękę, jednak równie szybko spojrzała na niego przepraszająco, żeby go nie urazić. Przecież mu za to płacili. Kilka razy już się przekonała, że lepiej pozwolić komuś wykonać swoją robotę, niż go wyręczać, bo mógłby się obrazić. A skoro po to tu był i miał dostać za to pieniądze, czy było to coś złego?
                Odchrząknęła cicho i pozwoliła mu przejąć swój niewielki bagaż. Równocześnie poczuła na sobie czyiś wzrok. Uniosła głowę, żeby spojrzeć na Luksa. Czemu się na nią gapił? I… Miała ochotę zetrzeć mu ten głupi uśmiech swoją pięścią. Ale mimo to…
- Aż tak się nie zmieniłaś – szepnął do niej kilka minut później, kiedy prowadził ich przez szeroki korytarz ozdobiony głównie kolorowymi kompozycjami miejscowych kwiatów. Coś w jej głowie wskoczyło na odpowiednie miejsca i szybko przypomniała sobie początek ich znajomości.
- Różnica między tobą, a nim polega na tym, że jego nie chciałam zdzielić walizką po głowie – odszepnęła.

***

                Cad Bane przybył na planetę kilka dni wcześniej. Rozkazy lorda Sidiousa były jasne, a wymieniona przy nich suma wyposażona w odpowiednią liczbę zer, więc nie mógł mieć zastrzeżeń. Nie zadawał też pytań, chociaż nagłe zainteresowanie Sitha wyszczekaną padawanką Skywalkera było niemałym zaskoczeniem. Łowca nagród nie miał pojęcia, co mogła być warta togrutańska smarkula, ale skoro miał się na tym wzbogacić, czemu miał się przejmować jej losem? Sidious chciał żywą Tano, a płacił za nią tyle, że durosowi nie przyszło do głowy pytać, czemu.
Bane miał zamiar wykonać zlecenie bez większych kłopotów. Styl walki młodej Jedi zdążył już poznać, więc tym bardziej nie widział większych przeszkód. Jeśli odciągnąć młodą od Skywalkera, powinno być łatwiej, już raz mu się to udało. Dziewczyna była naiwna, chociaż od tamtego „spotkania” minęło już trochę czasu. Powinien tez uwzględnić, że od ich poprzedniej potyczki, dziewczyna zdążyła poczynić jakieś postępy. Bane miał dobrą pamięć, powiedział jej, że jeszcze zatańczą, innym razem*. Wtedy miał na głowie inne zadania, ale w końcu nadarzyła się okazja, do spełnienia obietnicy. Szkoda, że Sith chciał ją dostać w dobrym stanie, Bane mógłby zabawić się lepiej…
Ukryty na pobliskim dachu obserwował przybycie senator Amidali w asyście trójki Jedi. Został uprzedzony, że całe spotkanie będzie obstawiać Skywalker, Tano i jeszcze jeden Jedi. Łowca nagród szybko stwierdził, że Trzeci nie może być o wiele starszy od padawanki. Zakonowi najwidoczniej coraz mniej zależało na bezpieczeństwie senatorów albo kończyli im się ludzie. Tym lepiej dla niego.
Odczekał aż cały komitet powitalny zniknie wewnątrz budynku, po czym jeszcze raz wyświetlił holograficzną mapę pałacu dołączoną do wszystkich niezbędnych informacji od Sidiousa. Żeby sprawnie przeprowadzić całą operację będzie musiał dostać się do środka niezauważony. Do tego przyda się niemałe zamieszanie i dywersja. To drugie już opracował, a chaos wyniknie samoistnie. Rada Jedi była przekonana o możliwym zamachu, na któregoś z senatorów, a jakimś cudem ich podejrzenia zawsze padały na Amidalę. Często słusznie, chociaż Bane nie rozumiał tej zależności. Jednak politykę wolał pozostawić reszcie galaktyki, go interesowały tylko dobrze płatne zlecenia. Planem było upozorowanie zamachu na życie Amidali, od biedy mógł być też inny senator, wszystko zależało od przebiegu wydarzeń.
Jeszcze raz przestudiował położenie korytarzy, sali tronowej, części mieszkalnej (gdzie prawdopodobnie zostaną zakwaterowani senatorowie i Jedi) i sali obrad. Sidious zadbał również o zaznaczenie tuneli wentylacyjnych. O warty i pozycje strażników będzie musiał zadbać sam, ale zdążył zrobić już niewielkie rozeznanie i zorientować się, komu powinien zapłacić. Wszystko było na swoim miejscu.


***

Nathe od początku był wrogo nastawiony do samej idei misji dyplomatycznej. Jego nastroju nie poprawiała konieczność współpracy z senatorem Bonterim. Widział chłopaka po raz pierwszy i nie wydawało mu się, żeby mógł być starszy od niego, a mimo to został senatorem. Nie trzeba mu było tłumaczyć jak, Ahsoka była straszną gadułą, więc dowiedział się wszystkiego, o czym wiedziała ona. WSZYSTKIEGO. Stąd też jeszcze większa wrogość do Luksa. Już sam fakt, że przez bardzo długi czas był obrzydliwie bogatym dzieciakiem z obrzydliwie bogatej, a w dodatku wysoko postawionej rodziny, a teraz był obrzydliwie bogatym starszym dzieciakiem, który starał się być dorosły, sprawiał, że Nathe chciał wypróbować na nim nowe cięcie swoim mieczem świetlnym. Dodając do tego wszystkie opowieści Ahsoki i wnioski, jakie sam mógł z nich wysunąć, do równania dochodziła tak wielka dawka niechęci, że mógłby nią wypełnić pół galaktyki. Nie kupował tego przymilnego uśmiechu, gładkiej buźki, idealnie uczesanych włosów, dopasowanych ciuchów (W KTÓRYCH I TAK WYGLĄDAŁ JAK FRAJER!) i całej reszty. Politycy byli fałszywi. Bonteri wychował się wśród polityków. Bonteri był politykiem. A w dodatku zawsze był bogaty, co tylko potwierdzało tezę Nathe’a, że jest fałszywy. A jak nie fałszywy, to coś innego było z nim nie tak.
Mimo całej swojej szczerej niechęci do misji, Bonteriego i życia obrzydliwie bogatych ludzi, nie potrafił ukryć, że cholernie podobał mu się zamek. Tak samo podobało mu się miasto oglądane z okien pokoju, który również cholernie mu się podobał. To nie było tak, że do życia potrzebował miliarda wygód, wielkiej łazienki i łóżka na cztery osoby. Nie, ale to nie znaczyło, że musiało mu się nie podobać. Chociaż z drugiej strony czuł się z tym źle. Ten pokój powinien wkurzać go bardziej niż Bonteri! Wiedział to, ale nie potrafił stwierdzić, że coś mu się nie podoba w tym pomieszczeniu. Czy ta misja miała być jak bezustanne dręczenie jego psychiki?! Czy po prostu nie mógł zostać wysłany na front, żeby zostać poważnie ranny, patrzeć, jak ludzie giną i czuć się z tym okropnie?! To byłoby już mniej bolesne niż obracanie się w towarzystwie wszystkich wyrafinowanych senatorów, wysoko postawionych obywateli i całej tej śmietanki towarzyskiej. Naprawdę tego nienawidził. Przypominali mu, że wcale tak bardzo się nie różnią. Chociaż nikt tego nie wiedział. Nikt poza nim. A jeszcze gorsze było to, że to naprawdę gdzieś w nim siedziało. Jakby przyzwyczajenie do wygód, drogich śniadań, jeszcze droższej pościeli i korzystania ze wszystkiego, co najlepsze, było zapisane genetycznie albo wyssane z mlekiem matki. Nie chciał tego, ale nie potrafił się oprzeć przejściu na boso po drogim dywanie. Tylko dlatego, że był miękki i przyjemny w dotyku. Powinien siebie za to nienawidzić, bo w gruncie rzeczy był taki sam, jak Bonteri.
Właśnie tak zastała go Ahsoka. Stojącego na boso, na środku pokoju, wściekłego na siebie i na cały świat. Pewnie nie było to dla niej żadną nowością, często bywał wściekły na siebie, na świat, na to i na to równocześnie. Nie była to postawa godna Jedi, ale było to zachowanie normalne dla Nathaniela Shane’a. Poza tym Ahsoka też nie zachowywała się tak, jak powinien zachowywać się rycerz Jasnej Strony Mocy. Tak naprawdę, z całej ich trójki jedynie James nie budził wątpliwości. Nightshade był pieprzonym wzorem do naśladowania, a zachowywał się tak, jakby to Nathe był ideałem. Nie potrafił tego pojąć, może Jamie po prostu był zbyt skromny. Było to jeszcze bardziej demoralizujące, on uwielbiał się popisywać, Ahsoka też, ale może to akurat wynikało z faktu, że swojego mistrza nie była w stanie zaskoczyć. Nieważne. Byli popapraną zgrają, a skoro Moc pozwoliła im się tak trzymać, znaczyło to, że byli dobrą, popapraną zgrają.
- I tak właśnie nasz zbawiciel, bohater całej wielkiej galaktyki i błyszcząca gwiazda Zakonu Jedi próbuje popełnić samobójstwo poprzez wciągnięcie przez egzystencjalną, czarną dziurę ukrytą w dywanie! – odezwała się Tano wkładając w całą wypowiedź tyle dramatyzmu, że z powodzeniem mogłaby to odegrać na scenie. Po tym uśmiechnęła się kpiąco i spojrzała na jego bose stopy.
- Jeśli chciałaś pooglądać, jak się rozbieram, powinnaś przyjść trochę wcześniej – odparł, obracając się do niej plecami. Nie zwracając uwagi na dziewczynę podszedł do łóżka i dramatycznie padł twarzą prosto w poduszki. Materac nawet nie skrzypnął, ale czemu tu się dziwić? Był miękki i potwornie drogi, takie materace nie skrzypią.
- Bardziej interesowało mnie to, że jesteś tu jedyną osobą, która nie jest zajęta czymś ekstremalnie ważnym. No wiesz, nie wybaczyłam ci, zdrajco, ale za to pocierpisz sobie, kiedy nie będę cię potrzebować! – I za to właśnie uwielbiał togrutankę, była tak samo okropna jak on! – Hm, to powiesz mi o co chodziło w tej dramatycznej scenie? – dodała jeszcze. Nie widział jej, ale wiedział, że weszła do środka.
- Jedynie kontemplowałem beznadziejność wszechświata, tej misji i frajerskich ciuszków senatora Bonteri! Aż w końcu doszedłem do wniosku, że jestem okropnym człowiekiem. Nie ma dla mnie nadziei, jestem zepsuty od środka… – Na koniec dramatycznie westchnął.
Tak naprawdę wątpił, że Ahsoka potraktuje tą końcówkę na poważnie. Zawsze się śmiali, że kiedyś będą się smażyć w piekle, chociaż w sumie, to małpowali Jamesa. Ich relacja polegała na tym, że on i Ahsoka robili coś niewyobrażalnie głupiego, ryzykownego, może zdarzało im się nawet złamać prawo, a James zawsze szedł za nimi, robiąc im wyrzuty. Zawsze powtarzał, że kiedyś to się na nich odbije, że jeszcze dostaną za swoje, a on nie będzie mógł zawsze kryć im tyłków. A potem i tak robili to, co chcieli zrobić, a Jamie im pomagał, czasem nawet nie ukrywał, że i jemu się podobało.
- Może to dlatego, że Lux naprawdę wyglądał jak frajer? Przynajmniej, kiedy starał się udawać poważnego senatora – parsknęła Tano. Ulżyło mu, że ich poglądy w tym temacie są mniej więcej zbieżne. Po ostatnich dwóch historiach (opowiedzianych dość szczegółowo) Nathe trochę się martwił, czy Ahsoce do głowy nie uderzą hormony czy coś równie strasznego.
- Podobno nie wyglądał jak frajer, kiedy cię pocałował! Romantyzm pierwsza klasa, porwij dziewczynę, wplącz w podejrzane interesy z organizacją przestępczą, a potem pocałuj w namiocie na środku planety skutej lodem. Mogłaś mu chociaż powiedzieć, że to słaby podryw. – Podniósł głowę znad poduszek, głównie po to, żeby uśmiechnąć się do niej kpiąco. To była jego ulubiona część całej tej pokręconej historii, chociaż byłaby jeszcze lepsza, gdyby Ahsoka dała Bonteriemu w twarz. Takie marnotrastwo…
- Mam was ze sobą umówić? – odgryzła się dziewczyna.
- Raczej podziękuję, nie biorę używanego towaru – wzruszył ramionami i leniwie przetoczył się na plecy. Przyłapał się na tym, że przy okazji oceniał, w jakim stopniu materac dopasowuje się do ułożenia ciała. – Myślisz, że możemy dostać opieprz za naśmiewanie się z senatora? Skoro wszystko, co najlepsze jest zakazane… No i pewnie to też nie jest w stylu Jedi!
- Myślę, że mogę się z niego naśmiewać jako ze znajomego. Ale ty musisz popracować nad znajomością, żeby nie pójść siedzieć za zdradę stanu… Wiesz, na pewno macie pełno wspólnych tematów. Na przykład ja… Hm, no i jeszcze ja. Nie zapominaj też o mnie! – Ahsoka wyciągnęła się obok niego na łóżku. Na szczęście mieli na nim tyle wolnej przestrzeni, że nawet upierdliwy nie byłby w stanie posądzić ich o kontakty bliższe niż „przyjacielskie”.
- Jesteś porażająco skromna! – podsumował, kręcąc głową w wyrazie udawanej dezaprobaty.

*Przynajmniej tak jest w angielskim dubbingu, po polsku nie oglądałam wszystkich odcinków.

No elo wszystkim. Jestem złym człowiekiem, pojawiam się i znikam. Soraś mocno, z Wenem różnie bywa, z pomysłami też, aleeeeeeeeee… POJAWIŁA SIĘ MOTYWACJA! Oł je. Tylko trochę teraz pewnie zawalę swój plan tego tygodnia i się nie wyrobię ze wszystkim, upsik. Oke, ale whateva. W końcu napisałam coś o przyzwoitej długości. I btw – dziękuję mocno Wice za szablon. Nie wiem, czy już dziękowałam, ale ok.
Jakby coś – wiem, że we fragmencie Nathe’a jest trochę powtórzeń, ale skoro Misa nie wyłapała żadnych takich gwałcących logikę i wszystko inne, to znaczy, że zostały tylko te celowe.
I mam taką małą prośbę. Jestem człowiekiem biednym, właśnie z tego powodu włączyłam zarabianie na blogach. A w związku z tym chciałam grzecznie zapytać, czy bylibyście skłonni wyłączyć AdBlocka dla tej strony? Tylko o tyle proszę. Ładnie, naprawdę.

Następny cosiek pewnie za miliard lat, chyba, że dostanę kolejnego kopa w dupę. A pewnie dostanę.

sobota, 10 stycznia 2015

Rozdział 4

                Siedział na brzegu platformy lądowniczej ignorując przynajmniej połowę przepisów BHP. Nathaniela Shane’a nie obchodziło coś tak głupiego, jak BHP – jeżeli chciał posiedzieć z nogami dyndającymi X kilometrów nad ziemią, to będzie tak siedział. Lubił czasami pogapić się na przelatujące pojazdy przy okazji barwnie hejtując wstrętną pogodę, lub coś w ten deseń. Mógłby na palcach jednej ręki policzyć dni, podczas których na tej planecie niebo było w innym odcieniu, niż szary, przez czas dłuższy niż kilka marnych godzin. Coruscant i ten przybijając klimat. Pomyśleć, że na takiej planecie były najwyższe budynki w Galaktyce. Raj dla samobójców!
                Chłopak delikatnie potrząsnął głową przy okazji roztrzepując złote włosy. Od razu szybko je poprawił upominając się, że przecież musi jakoś wyglądać przed przybyciem reszty towarzystwa… Bliżej nieokreślonego towarzystwa. Ach ten jego kochany mistrz… Wyciągnął go z sali treningowej zaraz po zniknięciu Ahsoki i zmuszając do opuszczenia biednego Jamesa. I w imię czego? W imię cholernego „Później się dowiesz.”, powiedziałby co o tym myśli gdyby nie szacunek do starszego Jedi. Mógł chociaż wyposażyć się w Jamesa, ale nie, po co mu kumpel? Bądź sobie człowieku sam! Naprawdę lubił być sam, ale James był tym wyjątkiem, który mógł tą samotność zakłócać. Ahsoka nie pytała, czy może, po prostu się pojawiała. Przynajmniej taka była jego najnowsza filozofia. I tak w sumie to czegoś się dowiedział, a była to informacja, która wręcz nakłaniała go do podwyższenia statystyk samobójstw o kolejną osobę. Misja dyplomatyczna czy coś w tym stylu. D – Y – P – L – O – M – A – T – Y – C – Z – N –A!
                Nienawidził całej tej politycznej paplaniny i czym ci ludzie się jeszcze zajmowali. Nie pojmował tego i nie miał tyle cierpliwości. Szybciej skróciłby przeciwnika o głowę, niż napiłby się z nim herbaty. Może jego postawa nie była pochwalana przez innych Jedi, często określano go mianem narwańca, ale nie przejmował się tym. Starał się hamować, nie był mordercą, ale po prostu krew go zalewała kiedy musiał spędzać kolejne godziny przysłuchując się rozmowie o niczym, bo kilka stron miało bóle dupy o różnym pochodzeniu. I po co to? Głównie po to, żeby nie dojść do niczego sensownego i ustalić datę kolejnego spotkania. Poza tym politycy sami w sobie go irytowali, miał wrażenie, że traktują wszystkich z góry, jakby byli mądrzejsi od reszty społeczeństwa już nie mówiąc o tym, że często, bardzo chętnie czerpali wszelkie korzyści ze swojej pozycji społecznej, co przypominało mu, że, niestety, prawie nie byłby lepszy od nich. Prawie.
                Znowu potrząsnął głową chcąc odgonić od siebie głupie myśli. Może jednak nie powinien być sam, wtedy przychodziło do niego dziwne myśli i szczątkowe wspomnienia, jeszcze tylko brakowało, żeby zaczął analizować swoje życie. Naprawdę nie znosił samego siebie, kiedy wpadał w taki dziwny stan.
                Z rozmyślań wyrwały go czyjeś głosy, jeden z nich był na tyle znajomy, że od razu poznał właścicielkę. Może jednak jakoś przetrwa politykę, skoro Ahsoka miała cierpieć razem z nim. Z drugiej strony był jej mistrz i Nathe nie wiedział czy to lepiej, czy wręcz na odwrót. Anakin Skywalker był trochę jak jakaś cholerna legenda, każdy o facecie mówi, a kto z nim gadał? No na pewno nie on, Ahsoka bardzo zgrabnie odgradzała swojego mistrza od nich tłumacząc, że nie chce wychodzić na jeszcze bardziej bezczelną. Nie miał pojęcia o co jej chodziło, ona zawsze taka była, ale nasłuchał się już wystarczająco dużo o Wybrańcu i wiedział jedno – to może być długa podróż. Nie chodziło o to, że miał coś do tego Jedi, ale on, Ahsoka i jej mistrz na jednym pokładzie z jakimś politykiem… Cóż, to będzie coś w stylu taniej telenoweli.
                Powoli wstał równocześnie obracając się w stronę dwójki Jedi. Nienawidził tego stanu, kiedy nie wiedział co robić ze swoimi oczami. Powinien patrzeć na Skywalkera czy raczej na Ahsokę? Obojętnie, co by wybrał, czułby się dziwnie, a kiedy gapił się na swoje buty, czuł się jakby czekał na rozdziewiczenie. No po prostu żadna z opcji mu nie odpowiadała, ta trzecia już szczególnie. Nie chodziło o to, że miał jakieś przygody, ale to było nie w jego stylu. W końcu zdecydował się spojrzeć na Togrutankę z nadzieją, że ta go zauważy i nie będzie czuł się niezręcznie. Tak czy siak wyszło dziwnie, bo w momencie, w którym uniósł wzrok, spotkał się ze spojrzeniem jej niebieskich oczu.
                - Tak się zastanawiałem, gdzie się szlajałaś – rzucił zamiast powitania podchodząc w stronę jednej z najlepiej rozpoznawalnych par Jedi. Czuł przy tym spojrzenie Anakina i miał wrażenie, że w powietrzu wisi to niewypowiedziane pytanie „Kim ten szczeniak jest i czemu zna moją uczennicę?”. Jeżeli o to chodziło, to nie miał żadnego problemu. Wyzywający uśmiech, postawa zbuntowanego nastolatka i dumnie uniesiona głowa mówiły same za siebie. Jestem Nathaniel Shane i kiedyś dam wszystkim popalić. Musiał sobie znaleźć lepszy tekst. Wiedział, że Wybraniec zdążył go wysondować Mocą i chyba nie było najgorzej.
                - Bardziej martwiłabym się o ciebie – odparła Ahsoka, kiedy ten się przed nimi zatrzymał. Jedynie ze względu na obecność Skywalkera powstrzymał się przed „pacnięciem” jej w głowę. Kiedyś się doigra, kiedy zostaną sami.
- Padawan Shane, jak mniemam? – Anakin odezwał się, zanim zdążył się odgryźć przyjaciółce. Spojrzał na Skywalkera niechętnie zauważając, że jest nieco niższy od Rycerza Jedi, jednak nie dał nic po sobie poznać. Na razie musiał zachować się jak każdy uczeń. Delikatnie się skłonił w wyrazie szacunku, po czym spojrzał na Rycerza Jedi.
- Wolę, kiedy mówi się do mnie po imieniu.  – Zwracanie się do niego po nazwisku kojarzyło mu się głównie z rzeczami nieprzyjemnymi, mistrzami karcącymi go za złe zachowanie, sztywnymi członkami Rady traktującymi go z góry… W sumie to było jego nazwisko i po prostu przypominało mu, skąd pochodził. Anakin jedynie wzruszył ramionami.
- A ja wolę, kiedy padawan potrafi się zachować – odparował Skywalker.
- Co, w takim razie, robi tu Ahsoka? – Miał nadzieję, że Rycerz Jedi nie odbierze tego negatywnie, kto jak kto, ale Ahsoka nie była osobą z rodzaju tych dobrze ułożonych.
- Wrobili mnie. – Ku jego uldze, Anakin lekko się uśmiechnął.
- Dalej to przeżywasz? – prychnęła zainteresowana.
- Uwaga, panna Tano gryzie! – Nathe cofnął się o pół kroku z udawanym strachem. Nie ukrywał, że cała sytuacja go bawi. Ciskająca piorunami z oczu Ahsoka może i wyglądała groźnie, może i mogłaby rzucić człowiekiem o ścianę, ale oni potrafili to samo.
- Lepiej się módl, żebym cię nie zagryzła zanim dotrze do nas senator Amidala – ofuknęła go Togrutanka.

***

                Ahsoka nigdy nie sądziła, że minuty mogą się tak ciągnąć. Nie miała pojęcia, że Nathe, ten złotowłosy zdrajca, tak świetnie dogada się z Anakinem. Nie byłoby w tym żadnego problemu, gdyby ich nicią porozumienia było obgadywanie jej! I to niby oni tak bardzo się cieszyli po jej oficjalnym powrocie do Zakonu? Zdrajcy!
                Z cichym westchnieniem wcisnęła się głębiej w swój fotel. Nie miała nic do roboty poza oczekiwaniem na koniec podróży, więc zostawało jej kilkanaście godzin. Przynajmniej niedługo pójdą spać, chociaż do tego czasu dwaj najbardziej irytujący faceci w całej cholernej Galaktyce zdążą wymienić się jeszcze miliardem historii pod tytułem „Pośmiejmy się z Ahsoki”. Czy Anakin nie mógł poudawać, że ma coś do zrobienia i po prostu pójść do Padme?! Czy Nathe nie mógł czegoś popsuć, żeby Anakin musiał to naprawić?! Głupia męska solidarność, w tych czasach mogła jedynie liczyć na geja! Mogłaby spróbować rozmowy z Padme, ale… Chyba to była jej najlepsza opcja. Poza tym co złego mogło się stać?
                Powoli wstała ze swojego miejsca rozciągając zesztywniałe kończyny. Zdecydowanie zbyt długo siedziała w jednej pozycji. Ominęła zdradzieckich Jedi szerokim łukiem i opuściła kokpit. Wychodząc minęła dwóch strażników z Naboo. Ci to mieli przerąbane, pół życia spędzać na pilnowaniu drzwi. Nie potrafiłaby wytrzymać tak zbyt długo, to zbyt nudne. Przynajmniej nie musiała szwendać się po statku, żeby odnaleźć panią senator – wystarczyło znaleźć drzwi, przy których również stali strażnicy. Żaden z nich jej nie zatrzymał kiedy wchodziła do środka, prawdopodobnie miało to związek z faktem, że całą trójką, razem z Anakinem i Nathem byli tu dla ochrony pani senator, chociaż właściwie nie wiedziała jaki mają mieć w tym interes, skoro Onderon dołączył do Republiki.
                Padme siedziała na półkolistej kanapie zajęta czytaniem, prawdopodobnie, jakichś dokumentów. Togrutanka nigdy nie zagłębiała się w politykę, nie rozumiała jej, chociaż kilka razy próbowano jej coś tłumaczyć. Nauczyła się jednego – gadanie o sensie polityki jest bardzo silnym środkiem usypiającym. Czasami miała wrażenie, że te rozmowy nie mają sensu, więc już z przyzwyczajenia ich nie słuchała. Senator musiała usłyszeć, jak wchodziła albo nie była zbyt zainteresowana czytaniem. Spojrzała na nią i uśmiechnęła się ciepło.
- Nie przeszkadzam? – zapytała młoda Jedi siadając obok Amidali.
- W żadnym wypadku, Ahsoko – odparła Padme.
                Padawanka uśmiechnęła się delikatnie. Anakin czasami bywał dla niej jak bardzo irytujący, starszy brat, ale Padme była bardziej jak matka. Nie miała pojęcia z czego wynikało takie myślenie, nigdy nie miała prawdziwej matki, nawet się cieszyła, że prawie nie pamięta swojej prawdziwej rodzicielki. Nigdy nie czuła się z tego powodu nieszczęśliwa, nie chciała pamiętać rodziców i tak nie miała za czym tęsknić. Głównym wspomnieniem z dzieciństwa, z czasu sprzed spotkania z mistrzem Plo, było  odrzucanie jej ze względu na wrażliwość na Moc. Wiedziała tyle, że pochodziła z małej wioski, w której niewielu miało szersze pojęcie kim są Jedi, więc często widziano w niej zagrożenie. Padme była najmilszą osobą, jaką kiedykolwiek poznała. Prawdopodobnie przed ich pierwszym spotkaniem Anakin zdążył ją przedstawić jako pyskatą smarkulę, ale ona wcale nie potraktowała jej z góry, była po prostu miła. Czasami stawała po jej stronie, jeśli Anakin się czegoś czepiał, poza tym pomagała jej. Nie miała pojęcia ile razy dziękowała Amidali za bronienie jej podczas tej niedorzecznej rozprawy. Prawdopodobnie gdyby nie to, zostałaby skazana przed pojawieniem się jej mistrza.
                - Mam ich dość. – Nie wiedziała od czego zacząć, ale prawdopodobnie narzekanie na irytujących plotkarzy było całkiem dobrym wstępem. – Okazuje się, że obgadywanie mnie jest tematem życia! Ten złotowłosy zdrajca miał być po mojej stronie! – prychnęła jak rasowa kotka. Padme zaśmiała się nie kryjąc rozbawienia.
- Jeśli ci to pomoże, mogę trochę opowiedzieć o Anakinie – zaproponowała Amidala.

- Wspominałam już jak bardzo cię lubię? – Na twarzy młodej Jedi pojawił się złośliwy uśmieszek.


***
 Ok, rozdział krótki i o niczym, w dodatku w większości słaby. W sumie jestem dumna głównie z Nathe'a i jego hejterstwa. Moje złotowłose kochanie. Wena nie ma, motywacja to nieosiągalny luksus, przepraszam mocno. Nie wiem co mogę jeszcze powiedzieć, do... no kiedyś, mam nadzieję ogarnąć się z pisaniem. 

wtorek, 30 grudnia 2014

Komunikat

Ludzie, Jedi, Sithowie, Łowcy Nagród, wszyscy!
Wiecie coś o tym, że nieszczęścia chodzą parami? Ja jestem jednoosobową parą. Ostatnio nic nie pisałam, bo dopadła mnie choroba zwana życiem, a teraz... Hm, system zasilania w lapku zdechł, serwis działa od 6 stycznia, więc dostanę go NAJSZYBCIEJ 13 stycznia. Tak, teraz zostaje mi jedynie telefon czyli warunki jak w Szkole Przetrwania, prowizoryczne akapity (spacje), zero justowania tekstu, prawdopodobnie literówki i inne takie </3
Ale się staram!
Lucy(fer) out ~

niedziela, 3 sierpnia 2014

Rozdział 3

     Kanclerz Palpatine znany również jako Darth Sidious stał przy panoramicznym oknie w swoim gabinecie obserwując ruch powietrzny w pobliżu senatu. Nieprzenikniony wyraz twarzy w żadnym stopniu nie zdradzał ani jego nastroju, ani myśli. A w chwili obecnej był co najmniej wściekły. Nie tak to miało być. Już prawie się pozbył tej małej Togrutanki pałętającej się przy Skywalkerze. Mogła zginąć tyle razy, w takim wypadku Anakin byłby o wiele podatniejszy na jego wpływy. O ile łatwiej byłoby go pozbawić zaufania do Jedi, jeżeli przez nich umarłby jego ukochana, jakże irytująca, padawanka. Ale nie, musiała się wywinąć i jeszcze zamiast odrzucić Zakon Jedi, wróciła do nich co było tym bardziej nielogiczne. Normalną reakcją u osoby w jej położeniu byłyby uraza i brak zaufania, więc dlaczego jedna przystała na ich propozycję?
      Ahsoka Tano, kanclerz chcąc nie chcąc zapamiętał jak owy problem się nazywa, była solą w jego oku. Anakin był niezwykle silnie związany ze swoją padawanką, bardziej niż ze swoim byłym mistrzem i być może jedynie trochę mniej niż ze swoją żoną. Było to co najmniej kłopotliwe. Taki jeden szczeniak mógł zrujnować wszystkie plany Palpatine'a odnośnie młodego Rycerza Jedi. Tak, jak mógł wmówić Skywalkerowi, że Obi-Wan jest zmanipulowany przez Radę Jedi, tak nie mógł tego powiedzieć o jego padawance, a już na pewno nie teraz. Jeżeli był jakiś powód, dla którego Anakin nie przeszedłby na Ciemną Stronę, to właśnie Ahsoka była tym powodem. Dopóki ona plątała się przy jego boku, Skywalker był wierny Jasnej Stronie. Sidious nadal nie mógł pojąć czemu tak się dzieje, ale wiedział, że musi pozbyć się dziewczyny jak najszybciej.
      Lord Sithów nieśpiesznie podszedł do swojego biurka, na którym umieścił prywatny komunikator. Po nałożeniu płaszcza i ukryciu twarzy w cieniu kaptura skorzystał z urządzenia i już po chwili zamigotał przed nim hologram Cada Bane'a*. Łowca nagród spojrzał na Sidiousa spod ronda swojego kapelusza.
- Słucham. - Rzucił Duros w typowym dla siebie opryskliwym tonie.

***

      James siedział na barierce balkonu widokowego w sali treningowej. Obserwował właśnie dwa niezwykle nadpobudliwe stworzenia będące jego przyjaciółmi, które ganiały się po sali otoczone smugami niebieskiego i zielonego światła. Efekt był taki, że miało się wrażenie, że dwójka walczących padawanów jest uwięziona w świetlistej klatce poruszającej się razem z nimi. Oboje zrobili postępy przez ostatnie kilka tygodni, no przynajmniej Ahsoka. Nathe był Nathem, jego ambicją było wchodzenie reszcie galaktyki na ambicje, więc tak czy siak starał się być lepszy. Tak naprawdę oboje byli naprawdę cholernie dobrzy jak na swój wiek, ale Ahsoka w ostatnim przypływie swojego temperamentu uparła się, że musi się bardziej się starać. Żeby to było pierwszy raz. Raz na jakiś czas zdarzały jej się takie fazy, szczególnie po niepowodzeniach. Z reguły nie chciała być ciężarem, co sprawiało, że zaczynała mieć gdzieś siebie. "Skręcony nadgarstek? Nie, to tylko draśnięcie, nie idę do medyka!" A nie, to nie były fazy, to była typowa Ahsoka.
      Wystarczyła chwila, mrugnięcie oka i nagle obok niego wylądował Nathe balansując na brzegu barierki na wyprostowanych nogach. W prawej dłoni trzymał swoją standardową broń czyli miecz świetlny o podwójnym ostrzu. Rzucił Jamesowi krótki uśmiech pełen pewności siebie, wolną ręką odgarnął włosy z czoła i skoczył w dół wprost na Ahsokę. Drugi z padawanów w tym czasie zdążył kilka razy umrzeć i zmartwychwstać. Bardzo się starał odsunąć od siebie swoje jakże irytujące uczucia, jednak jego złotowłosy przyjaciel najwidoczniej nieświadomie nie chciał mu na to pozwolić. Jamie jeszcze chwilę bezwiednie gapił się w martwy punkt kontemplując uśmiech Nathaniela po czym został brutalnie wyrwany z zamyślenia.
      Kolejne ułamki sekundy i obok znalazła się Ahsoka. Togrutanka przeskoczyła przez barierkę przy okazji gasząc swój miecz świetlny. Z kocią gracją obróciła się w stronę Jamesa i oparła się o barierkę. Posłała mu nieco dziki uśmiech i odetchnęła głęboko.
- Znowu masz tą minę. - Stwierdziła przyglądając się uważnie twarzy przyjaciela.
- Jaką minę? - Bąknął chłopak szybko odwracając głowę.
- No wiesz, tą w stylu "Na Moc, ale on jest cudowny." - Togrutanka wywróciła oczami, w których przez krótką chwilę zabłyszczało rozbawienie.
      - Słucham?! - Oboje zesztywnieli kiedy za ich plecami rozległ się głos mistrza Ahsoki. Anakin zdecydowanie miał najgorsze wyczucie w całej galaktyce. Jego padawanka za to miała największego pecha. Byli jak niezwykle pechowa para skarpetek.
      Ahsoka, cała spięta, obróciła się w stronę swojego mentora szukając jakiegokolwiek wyjaśnienia swoich słów. "Ach, no wiesz, właśnie omawialiśmy poziom spedalenia miny Jamesa." Tsaaa... Wtedy miałaby na głowie dwóch wkurwionych facetów. Ups, czemu nie mogła wylądować w barze pełnym wściekłych łowców nagród? Naprawdę wolałaby wściekłych łowców nagród. Naprawdę!
- Nic, nie słyszałeś całości. - Odpowiedziała nieco niepewnie, jednak spojrzała na Anakina, który teraz nie wyglądał na skłonnego do przyjmowania tłumaczeń ani na zadowolonego.
- Prawdopodobnie dlatego jeszcze nie wiem jak ten szczeniak się nazywa. - Odparł Skywalker z miną, która wyraźnie mówiła o jego zamiarach. Tak, był gotowy uciąć głowę jej domniemanemu chłopakowi, a resztę poszatkować w drobne kawałeczki.
- Wcale się nie nazywa, nie mówiłam o niczym związanym ze mną. - Zaprotestowała dziewczyna zaciskając dłonie w pięści. Czemu do jej mistrza nie mogło dotrzeć, że ona nie szukała sobie chłopaka? Nie, nie wszyscy musieli być tacy jak on! Miała związki w głębokim poważaniu! Czy naprawdę życie musiało się kręcić wokół schematu "Znajdź miłość życia i idź się rozmnażać"?
- Niespecjalnie jestem skłonny ci uwierzyć. - Prychnął starszy Jedi próbując doszukać się w twarzy swojej padawanki jakiejkolwiek oznaki kłamstwa.
- Naprawdę, przepraszam, że się wtrącam, ale Ahsoka mówi prawdę. - Do rozmowy włączył się James, jak zwykle ukrywając się pod maską idealnego padawana z czarującym uśmiechem, który wyciągał ich z niejednego bagna. - Mówiliśmy o pewnej dziewczynie spotkanej na niedawnej misji, zakochała się w naszym przyjacielu, chyba nie muszę tłumaczyć czemu. - Ciągnął teraz celowo oglądając się na Nathe'a, który jeszcze nie zdążył do nich dołączyć.
- Właśnie, nasza irytująca gwiazdka, tylko na niego popatrzy Rycerzyku. Ja go znam, więc nic mi nie grozi, ale jestem pewna, że jakby się postarał to pewnie i z faceta zrobiłby geja. - Dodała szybko Ahsoka chwytając się ostatniej deski ratunku.
      Anakin powiódł wzrokiem za nimi zaszczycając blondyna jednym niezwykle krótkim spojrzeniem. Ta historyjka miała w sobie jakiś sens, poza uwagą jego padawanki o gejach, ale uznał jej bredzenie jedynie za objaw zmęczenia czy czegoś podobnego. Te kilka sekund wykorzystał James, żeby rzucić Togrutance spojrzenie pełne wielu pytań. "Zwariowałaś?!" "Próbujesz coś sugerować?" "Ej, ty tak na serio?" Ta jedynie w odpowiedzi wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się niewinnie.
- No niech wam będzie. - Powiedział Skywalker po kilku długich sekundach ciszy. - Ale ty, Smarku, i tak idziesz ze mną.
- Ja nic nie zrobiłam! - Zaprotestowała dziewczyna, ale Anakin zbył ją jednym machnięciem ręki.
- Nie piszcz, tylko chodź. - Rzucił kierując się do wyjścia.
      Togrutanka popatrzyła na niego wzrokiem godnym rasowego mordercy. 
- Nieznoszę go. - Mruknęła do Jamiego.
- Ale przyznaj, że tyłek ma niezły. - Usłyszała w odpowiedzi. Zareagowała spojrzeniem mówiącym wyraźnie, że doszła do wniosku, że z chłopakiem jest coś mocno nie tak.
- Ty coś bierzesz?
- Jaja sobie robię. Nie jest w moim typie. - Odparł chłopak.
- To ty masz jakiś typ? - Tano aż wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia.
- Nie, dobrze wiesz...
- Ahsoka, plotkaro, ruszaj się! - Przerwał im Anakin, który już stał przy drzwiach.

***

      Chcąc nie chcąc musiała pójść za Skywalkerem obojętnie jak bardzo jej się nie chciało. Nie chodziło o to, że miała problem z samym nim, ale przydałaby jej się chwila wytchnienia od jego nadopiekuńczości. Tylko kilka razy udało jej się wyrwać od niego. Ostatnie kilka tygodni spędziła w świątyni w otoczeniu Anakina oraz Jamesa i Nathe'a. Nie narzekała na nic poza faktem, że cały czas siedziała tutaj, kiedy mogłaby robić coś innego. Czy nie byli potrzebni? Czyżby ktoś wcisnął przycisk pauzy i zatrzymał wojnę? Nie, ale ona dalej przesiadywała na Corouscant zastanawiając się czy niebo nad planetą może być jeszcze bardziej szare. Wszystko przez Anakina, uparł się, że powinna odpocząć, kiedy to była ostatnia rzecz, o jakiej teraz marzyła. 
      Siedząc tutaj coraz dłużej nie mogła ani na chwilę zapomnieć o minionych wydarzeniach, a wręcz przeciwnie, cały czas ją prześladowały wspomnienia. Czasami nie mogła spać, leżała całą noc wpatrując się w sufit i zastanawiała się czemu musiało paść na nią. Czemu Barrissa zrobiła to akurat jej? Czy nie powinna wziąć pod uwagę ich, już przeszłej, przyjaźni? Czasem była nawet skłonna o poproszenie o wizytę u niej, byle, żeby się dowiedzieć. Starała się odrzucać te pomysły, prawdopodobnie rozmowa z byłą Jedi nie wyszłaby jej na dobre. Naprawdę chciała jedynie wyrwać się ze świątyni i chociaż na chwilę zapomnieć, że połowa Jedi dziwnie na nią patrzy. Wiedziała, że byli tacy, którzy i tak jej nie ufali, byli też tacy, którzy jej współczuli i próbowali to okazywać, a ona chciała mieć jedynie spokój. Świadomość, że co chwilę ktoś się na nią gapił lub o niej szeptał była jeszcze bardziej irytująca. Zdążyła przywyknąć do miana "padawanki Wybrańca", ale było ono otoczone przekonaniem, że jest po prostu kolejną uczennicą, to jej mistrz był tym, o którym zawsze było głośno, ona stała z boku w jego cieniu. Niestety, odebrano jej tę wygodę i bardzo nieprzyjemny sposób.
      Prawie wpadła na Anakina kiedy ten zatrzymał się bez słowa. Zatrzymała się w ostatniej chwili od razu zauważając, że została zaprowadzona dokładnie pod swój pokój. Naprawdę? Naprawdę nie dało się inaczej? I po co przyprowadził ją akurat pod jej pokój?
- Za piętnaście minut na lądowisku. Weź tylko to, czego najbardziej potrzebujesz. - Powiedział nie oglądając się na nią. - I tak przy okazji - Tutaj sięgnął do swojego pasa, żeby coś od niego odczepić i obrócił się w jej stronę pokazując jej metalicznie lśniącą rękojeść. - trochę to zajęło, ale udało mi się go odnaleźć. - Posłał jej krótki uśmiech wyciągając do niej rękę, w której trzymał jej shoto. Nie było nowe, od razu rozpoznała broń, którą zgubiła, gdy ścigały ją klony. Nie przypuszczała, że Anakin będzie go szukał. Tak naprawdę sama chciała postarać się o nowy miecz przypuszczając, że tego już nie odnajdzie.
      Na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech. Wzięła w dłoń chłodny w dotyku miecz i mocno zacisnęła dookoła niej palce.
- Nie sądziłam, że ty... - Zaczęła patrząc teraz wprost na Anakina. Rycerz jedynie wzruszył ramionami i poklepał ją po ramieniu w przyjacielskim geście.
- Nic nie mów. Za piętnaście minut widzę cię na lądowisku! - Rzucił puszczając do niej oczko i oddalił się szybkim krokiem.

***

Emm... Tak. Nie chce mi się liczyć ile nic nie dodawałam, wiem, że długo. Wen to spedalone stworzenie żyjące własnym życiem, roboczo nazwałam go James, więc to wina Jamesa. Polazł i postanowił nie wracać, aż do chwili, kiedy będzie najmniej odpowiednia chwila na pisanie. Nic, mam nadzieję, że wszyscy, a przynajmniej większość jest szczęśliwa. Moja droga parabatai, masz namiastkę chińszczyzny w postaci Jamesa... Chyba jednak inaczej nazwę tego wena. Naprawdę przepraszam za to leniwe stworzenie, nie wiem ile zajmie mu przybycie na kolejny rozdział. Na swoją obronę powiem, że miałam momenty, w których prawie udawało mi się coś napisać, ale nie z mojej winy wszystko szło się, ładnie mówiąc, kochać. Tak, tak, wiem, znowu się uwzięłam na życie Ahsoki, ups, taki talent. Przyda mi się w końcu spuścić komuś chociażby minimalny wpierdol. Na tym kończę. Trzymajcie kciuki za Wena!

*Głównie odniosłam się do tego, że moja zajebista pamięć wychwyciła gdzieś kiedyś, że Cad rzucił kiedyś do Ahsoki tekstem w stylu "Jeszcze kiedyś zatańczymy.", przynajmniej było tak w angielskiej wersji, a moja pamięć jest dziwna i najczęściej zapisuje takie fragmenty. Btw. facet na propsie od teraz po wieki ma u mnie okejkę za samo nazwisko, szkoda, że nie ma zamiłowania do brokatu, kota i pewnego niebieskookiego uosobienia zajebistości. (Tak, musiałam, w końcu to ja, #chalo #chińszczyzna #Magnus #zazdrosny #czarownik #pozdrawiam #parabatai)

niedziela, 18 maja 2014

Rozdział 2

      Na niższych poziomach Coruscant nigdy nie można było zobaczyć światła dziennego. Nie miała pojęcia jak można tak żyć, była przekonana, że zwariowałaby gdyby kiedykolwiek była do tego zmuszona. Może powinna już rozważyć ewentualną utratę zdrowia psychicznego. Nie było szansy, żeby wydostała się z tego bagna bez natychmiastowego złapania. Doskonale wiedziała jak to się zakończy. Jej najbliższą przyszłością była ucieczka przed Republiką i Jedi, życie, którego się bała, albo śmierć.
      Najgorszy jednak nie był brak dziennego światła czy świadomość, że już nigdy nie zobaczy znajomych twarzy. Najpotworniejsza była samotność. Pustka, którą odczuwała, lodowaty ucisk w sercu. Anakin też jej szukał, widziała go. Wszyscy mogli uważać ją za mordercę. Przed oczami miała wyraz zawodu na twarzy mistrza, zaraz po nim pojawiały się inne twarze. Objęła się ramionami jakby próbowała powstrzymać się przed całkowitym rozpadnięciem, jakby jeszcze nie była rozbita. Odkąd została zamknięta w chłodnej, obcej celi jej dusza powoli rozpadała się na coraz drobniejsze kawałeczki. Nie miała nikogo, kto mógłby jej pomóc. Była sama jak palec i zagubiona.
      To nie było jej miejsce, nie jej życie, nie powinna tu być. Jeszcze kilka dni temu nawet nie pomyślałaby, że będzie w tak żałosnym i rozpaczliwym położeniu. Przecież miała być Jedi, to ona powinna ścigać przestępców. A teraz to ona była ścigana, chociaż została podle wrobiona. Gdyby tylko wiedziała jak skończy się jej wizyta w więzieniu zrobiłaby wszystko, żeby do niej nie doszło. Czemu zawsze musiała być taka naiwna? Wierzyła we wszystko, nie potrafiła wyczuć podstępu ani nic zauważyć. Powinna się w końcu czegoś nauczyć. Czemu, do cholery, Anakin tej jednej rzeczy nigdy się nie czepiał? Czy on też tego nie widział? Musiał widzieć...
     Usłyszała cichy trzask dochodzący z góry. Niepewnie uniosła głowę i zobaczyła to, co poprzednio. Niekończące się fasady budynków, neonowe szyldy, kilka statków. Hałas zaczął się nasilać, po chwili brzmiał już jak szalejąca burza. Nagle wszystko zaczęło się trząść, a w ponurym półmroku nagle dojrzała ledwie widoczną jasną przerwę. Wyglądała jak rysa na szkle, nierówna i cienka. Z góry nagle opadł fragment neonu rozbijając się niedaleko jej stóp. Jasna rysa zaczęła się powiększać, trzask stawał się coraz głośniejszy, aż zaczynał drażnić jej czuły słuch. Na chodnik spadały kolejne neony, fragmenty metalu, szkło. Upadła na brudny chodnik pod wpływem coraz silniejszych wstrząsów. Nie mogła oderwać wzroku od tego, co działo się na górze. Widziała szare niebo Coruscant i dotarło do niej, że to miasto zaczyna się walić, całe tony budowli, chodników, statki, mieszkańcy, wszystko leciało w dół i zaraz miało i ją przygnieść. Kiedy poleciały większe przedmioty zamknęła oczy. Umrze jako wyrachowana morderczyni uciekająca przed ludźmi, których miała za rodzinę, umrze sama, przygnieciona warstwą gruzów i innych martwych ciał. Nie chciała odchodzić w tej ciemności, która była wylęgarnią wszystkiego, co najgorsze w tym mieście, które i tak było od środka zepsute, więc mogła jedynie zamknąć oczy i wierzyć, że chociaż przez jedną, krótką chwilę coś było jak dawniej i nie umierała w całkowitej ciemności.

***

     Obudziła się szamocząc się w pościeli, z cichym krzykiem, który zamarł jej w gardle, więc jedynie gwałtownie nabrała powietrza. Poderwała się do góry i zderzyła się z czymś ciepłym i twardym, ale zaskakująco przyjemnym. 
- Mówiłem, że wpadnie mi w ramiona zanim mnie zobaczy! - Do jej uszu dotarł pełen dziecięcej radości i doskonale jej znanej pewności siebie głos. 
- Pewnie, przeraziła się na tyle, żeby nie zauważyć na kogo wpada. - Odpowiedź była cichsza, pełna znudzenia i skrywanego rozbawienia. 
- Jem, Jem, Jem... Mój drogi przyjacielu, jak możesz tak we mnie wątpić? Ranisz mnie, wiesz? Moja dusza właśnie wykrwawia się wewnętrznie. To był cios prosto w serce, jak mogłeś mi to zrobić? Umieram, a mój duch będzie prześladował cię na każdym kroku.
- Czy to nie podchodzi pod prześladowanie? Mam nadzieję, że chociaż uszanujesz moją prywatność i nie spróbujesz mnie zgwałcić. 
      Poczuła się jakby nagle ktoś zdjął z niej ciężar całego świata kiedy usłyszała tak znajome głosy. Jeszcze kilka dni temu nie sądziła, że kiedykolwiek ich zobaczy. Nagle mogła uwierzyć, że będzie jak dawniej, że nic się nie zmieniło. Nathe jak zawsze pewien siebie, sarkastyczny i złośliwy i James, kochany James, kompletne przeciwieństwo Nathe'a, a równocześnie jego nieodłączny element. Nathe i James, to była jedna z tych rzeczy pewnych jak gwiazdy na niebie.
- James, nie bądź naiwny, zapomniałby o prześladowaniu cię po kilku dniach i zająłby się dziewczynami. - Zaśmiała się cicho unosząc głowę. 
       James siedział na parapecie opierając się plecami o okno. Ciemne włosy miał roztrzepane, po ustach błądził delikatny uśmieszek, a zielone oczy lekko błyszczały, jak zawsze kiedy droczył się z przyjacielem. Mimo wszystko nadal sprawiał wrażenie opanowanego i zdystansowanego. Zawsze był tym cichszym, zamkniętym w sobie i bardziej skryty niż Nathe, który był wulkanem niepohamowanej energii. Jem posłał jej lekki uśmieszek i szybko odwrócił głowę. 
      Powstrzymała ciche westchnięcie. Gdyby Nathe tylko mógł wiedzieć... Ale nie mógł wiedzieć. Jedynie jej James odważył się przyznać i to po kilku latach. Nadal nie potrafiła pojąć jakim cudem Jem potrafił być z nim tak blisko, udawać, że to tylko  przyjaźń. Z drugiej strony potrafiła zrozumieć czemu nic nie mówił. Byli jedynie padawanami, ale to nie znaczyło, że są poza zasadą o przywiązaniu. Nie powinni zawracać sobie głowy czymś takim jak zakochanie czy miłość, a tym bardziej nie powinni zakochiwać się w swoich najlepszych przyjaciołach już nie wspominając o odmiennej orientacji.
- No nie wierzę! Myślicie, że naprawdę jestem aż tak niemoralny, żeby jako zjawa wykorzystywać biedne dziewczyny? - Burknął Nathe odsuwając ją od siebie na długość ramion.
- W końcu sam się zawsze upierasz, że jesteś najbardziej zdemoralizowaną istotą w świątyni. - Odpowiedziała patrząc mu prosto w intensywnie niebieskie oczy. 
      Nathaniel odgarnął złotawe włosy z czoła potrząsając głową. Po chwili posłał Ahsoce jeden ze swoich uśmieszków, który zachowywał jedynie dla padawanek, które nawet bez tego zabiegu potrafiły zrobić dla niego wszystko. Oczywiście on tak naprawdę nigdy żadnej z nich nie wykorzystał, chociaż nie dało się ukryć, że czerpał ze swojego uroku osobistego całymi garściami. 
- Teraz ty próbujesz odebrać mi ten tytuł. - Odparł patrząc na Togrutankę oskarżycielsko. - Już między wszystkimi krążą plotki o tym, co podobno wywinęłaś wczoraj Radzie. 
      Ahsoka szybko odwróciła wzrok i odsunęła się od chłopaka zagryzając wargę. Oczywiście to było do przewidzenia. Po całym tym przedstawieniu to było pewne jak kolejny wschód słońca, że zaczną się plotki. Nie wiedziała co o tym sądzić, z jednej strony mogła być dumna, że dało się sądzić, że potrafiła wejść Radzie na ambicję, z drugiej strony chciałaby zapomnieć o niedawnych wydarzeniach. 
- Nathe miał na myśli to, że podobno dałaś do zrozumienia, że... No wiesz... - Wtrącił się James posyłając jej nieśmiały uśmieszek. 
- Wiem. Po prostu... Myślałam, że już was nie zobaczę... - Westchnęła cicho nagle mocno przytulając się do Nathe'a. Chłopak odwzajemnił uścisk zaskakująco delikatnie i pogłaskał ją po plecach. 
- No co ty? Ucieklibyśmy za tobą gdybyśmy tylko byli na planecie. Wiesz, że zawsze chciałem żyć jako uciekinier wyjęty spod prawa. - Odpowiedział Nathaniel próbując ją rozbawić. 
- A jednak jesteś tutaj, chyba pomyliłeś kierunki. - Zaśmiał się James.
- Bo wszystkie nawigacje mnie nienawidzą, a ty powinieneś to wiedzieć. - Odburknął Nathe.
- Wiem, wiem... - Westchnął Jem wywracając oczami. Wszyscy doskonale wiedzieli, że Nathe miał w sobie coś, co źle wpływało na większość systemów nawigacyjnych, chociaż nikt nie pojmował co to jest. On oczywiście twierdził, że to po prostu zmowa wszystkich tych "podłych maszyn" przeciwko niemu. - I przypomnę ci, że niedawno byłeś potwornie głodny, co powiecie na śniadanie? - Zaproponował szybko. 
- Chętnie. Mam wam sporo do opowiedzenia. - Odpowiedziała za Nathaniela Ahsoka odsuwając się od chłopaka. 

***

      Anakin obudził się jeszcze przed świtem czując na piersi znajomy ciężar. Uśmiechnął się lekko i wsunął dłoń w jej włosy delikatnie je przeczesując. Przez ostatnie kilka dni był tak zajęty sprawą Ahsoki, że czasami zupełnie zapominał o Padme. Jednak jego żona była niezwykle wyrozumiała. Oczywiście poinformował ją, że jego cwana padawanka sama się domyśliła, że coś ich łączy i wspólnie uznali, że lepiej będzie powiedzieć jej całą prawdę. Nie chciał jej bardziej denerwować, Ahsoka nigdy nie była specjalnie spokojna, już wyobrażał sobie co byłaby w stanie zrobić gdyby sama dowiedziała się o wszystkich jego kłamstwach, a wolał nie poznawać się bliżej z jej paznokciami. Kiedy się wściekała najczęściej kojarzyła się mu z małym kociakiem, który próbuje pokazać pazury, jednak można było przekonać się, że te pazury potrafią być cholernie ostre. Nadal nie mógł wyjść z podziwu, że jego mały Smarkuś wykopał go od tak do jego żony. Kobiety, jakkolwiek by się starać nie da się ich pojąć. 
      Poczuł drobną dłoń Padme delikatnie głaszczącą go po policzku. Dopiero po czasie zorientował się, że się obudziła. Uśmiechnął się do niej czule łapiąc ją za nadgarstek. 
- Martwisz się czymś. - Stwierdziła bez żadnych wstępów przyglądając się mu oczami w kolorze czekolady.
- Nie, tylko myślałem o reakcji Ahsoki... - Zaśmiał się cicho.
- Przecież powiedziała, że rozumie.
- O wiele bardziej wolałbym żeby nie rozumiała. Jeżeli rozumie sama może z kimś być. - Odparł Anakin. Już brał to pod uwagę. Nie mógł pozwolić, żeby jego padawanka latała za jakimś zdemoralizowanym dupkiem, który mógłby ją wykorzystać.
- Annie, ona nie jest głupia. - Westchnęła Padme mimowolnie uśmiechając się. 
- Nie, ale kto wie co może się stać? Jeżeli jakiś smarkacz by ją wykorzystał zabiłbym z miejsca. 
- Przesadzasz. Ona by cię uprzedziła. - Zaśmiała się cicho wtulając się w niego mocniej. - Poza tym będziesz martwił się tym później. - Dodała podciągając się na łokciach żeby go pocałować.

***

I to na tyle zboki. Ostatni fragment to istny Mordor dla mojego głupiego umysłu, więc prawie na 100% jest zjebany. Wiem, że w *uj długo to pisałam, ale tak: wena na Herosów, wena na popierdolone ff, wena na Herosów, wena na Herosów, rozpacz po Diabelskich Maszynach, stres przed Miastem Niebiańskiego Ognia, dobicie okładką Krwi Olimpu, wena na ficka o Darach Anioła x2, no i tak oto znaleźliśmy się tutaj, gdzie walczę ze swoim umysłem próbując oderwać swoje myśli od nienawiści mojej nowej OC do szopów, jej stosunków z Alekiem i Jacem, ewentualnych dziwnych pomysłów na znęcanie się nad Nico... To jest naprawdę trudne! 
No także ten... Oto Nathe i Jem, moje najnowsze "dzieci", pod tym postem można wyznawać im miłość bądź stawiać ołtarzyki. Ta dam! 
Nie zabijajcie, Nocni Łowcy mnie potrzebują (Misa, broń mnie bo nie dowiesz się co jest w tej kopercie... no poza porno Maleca xDDD).
Dziękuję, dobranoc. 

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Rozdział 1

Ahsoka chciałaby, żeby było o wiele później. Wtedy nikogo nie byłoby na korytarzu, albo jakieś pojedyncze osoby. Oczywiście to co chciała, a to jak było naprawdę były dwiema zupełnie odrębnymi rzeczami. Wydawało jej się, że większość obecnych w świątyni Jedi postanowiło wyjść na korytarze tylko żeby popatrzeć. Słyszała jak szeptali między sobą, pewnie o niej. Wcześniej nawet nie znali jej imienia, jeżeli ktokolwiek ją kojarzył to, prawdopodobnie, jako "tą małą włóczącą się za Anakinem". Teraz wszyscy wiedzieli jak się nazywa, a ona jednak wolała, żeby było inaczej.
Wszyscy co chwila spoglądali na nią i rozmawiali czasem nawet nie przejmując się, że ona to słyszy. A tak naprawdę nie interesowało jej co myślą, bo mogli mówić co chcieli, ale nigdy tak naprawdę nie zrozumieliby jak się czuła. Widzieli warkoczyk padawana w jej dłoni na co podnosiły się kolejne rozmowy o tym, że wróciła do zakonu. Zacisnęła drżące palce na rządku koralików, który jeszcze nie zdążył wrócić na swoje miejsce i przez chwilę miała wrażenie, że ze zdradliwych oczu polecą jej łzy. Powstrzymała się i odetchnęła głośno. Nie będzie płakać, nie przy tych wszystkich osobach. Uniosła głowę zadzierając podbródek w górę i nie parząc na nikogo poszła dalej długimi, szybkimi krokami.
Prawie zapomniała, że Anakin jest z nią. Właśnie, Anakin... Przez ostatnie kilka dni nie wiedziała co ma z nim zrobić. Może ze względu na sytuację odpuścił sobie swoje zwyczajowe znikanie wieczorami, szkoda, że dopiero teraz, kiedy ona się domyślała, bo to była dla niej tortura. Za każdym razem kiedy mówił, że musi z kimś porozmawiać i zostawiał ją na kilkanaście minut ona prawie dusiła się próbując powstrzymać wybuch śmiechu. Zastanawiała się czy w końcu się przyznać czy mu powiedzieć, obecnie to była jej jedyna rozrywka, jedyna rzecz, która mogła ją rozbawić. Jednak tak bardzo chciała zobaczyć wyraz jego twarzy kiedy w końcu mu powie...
Z ulgą zauważyła, że byli już praktycznie sami, tylko czasami ktoś ich mijał. Dzięki Mocy. Nawet nie wiedziała, że ledwie oddycha do czasu, aż w końcu wzięła naprawdę głęboki wdech i rozluźniła napięte ramiona. Opuściła głowę i lekko nią pokręciła. Nie miała pojęcia jak te wszystkie senatorki, królowe i tym podobne wysoko postawione osoby mogły cały czas tak chodzić z uniesionymi głowami. Ją najzwyczajniej cholernie bolała szyja. Wyciągnęła dłoń i rozmasowała kark. Mogła wiele znieść, ale to ją po prostu irytowało.
- Koniec przedstawienia? - Zapytał Anakin. Spojrzała na niego i wzruszyła ramionami.
- Drugiego aktu nie będzie. - Odpowiedziała unosząc lekko kącik ust w półuśmiechu.
- Tak myślisz? - Uniósł brew. Wyglądał na zmęczonego, nawet nie próbował z niej żartować. I musiała przyznać mu rację. To nie będzie tylko drugi akt, będzie ich o wiele więcej, chyba, że opanuje niewidzialność.
- Myślę, że mam to gdzieś. - Mruknęła odwracając wzrok.
- Nie masz tego gdzieś, chcesz udawać, że tak jest, żeby wszyscy myśleli, że wcale cię to nie rusza. - Odparł kładąc jej dłoń na ramieniu.
- Rycerzyku, wiem, że trochę mnie ominęło, ale nie sądziłam, że w tak krótkim czasie zostaniesz psychologiem. - Westchnęła podchodząc do drzwi swojego pokoju. Nie miała pojęcia kiedy tu dotarła.
- Ahsoka, znam cię wystarczająco długo, żeby widzieć co się z tobą dzieje. - Jego dłoń zacisnęła się na jej ramieniu.
Potrząsnęła głową i otworzyła drzwi wchodząc do małego pomieszczenia, w którym mieszkała odkąd pamiętała. Przez okno wpadało pomarańczowe światło, łóżko było pościelone, na szafce nocnej leżał datapad, częściowo zakryty niedbale rozrzuconymi kartkami, pod ścianą w pobliżu drzwi leżały rozbite kawałki szkła.
Westchnęła cicho i wyjrzała przez okno, za którym przesuwał się ruch powietrzny nad miastem. Kilka dni temu zastanawiała się czy jeszcze kiedykolwiek popatrzy na górne poziomy miasta, wydawały się takie odległe, że były prawie nierealne. Nie potrafiłaby żyć na niższych poziomach, nigdy by się do tego nie przyzwyczaiła. Teraz, kiedy znowu patrzyła na miasto z wysokości czuła się jak ptak wypuszczony z klatki. Jednym płynnym ruchem obróciła się w stronę Anakina i oparła się o parapet.
- Wiesz, masz rację. - Stwierdziła wzruszając ramionami. - Najchętniej większość członków rady zdzieliłabym po twarzy tak, że ślady po moich paznokciach zostałyby im przez miesiąc. - Przyznała patrząc prosto na niego. - Ale tego nie zrobię bo mieliby dowód na to, że w jakiś sposób mnie obchodzą.
Anakin popatrzył na nią jakby pierwszy raz ją widział, a ona wpatrywała się mu prosto w oczy nie zmieniając wyrazu twarzy. Wiedziała co teraz myśli, że mówi jakby nie była sobą, nie poznawał jej.
- I nie patrz na mnie jakby wyrósł mi ogon. Na moim miejscu mówiłbyś tak samo, chociaż podejrzewam, że byłyby to o wiele mocniejsze słowa. - Dodała kręcąc głową z rozbawieniem. Sama sobie się dziwiła, że mówi wszystko tak otwarcie i bezproblemowo, prawie jakby była równa z Anakinem. A przecież nie była, nadal była jego padawanką, chociaż był dla niej bardziej jak brat.
- Masz rację, już ci mówiłem co o tym myślę. Rada albo chce udawać, że są bez winy, albo sami w to wierzą.
- Wiem, ale nie chce mi się o nich gadać, możesz skończyć? - Poprosiła. Przyłapała się na tym, że przeplata między palcami swój warkoczyk padawana. Teraz spojrzała na niego i westchnęła cicho. Nagle wydał się jej o wiele cięższy, jakby był z ołowiu. - Dalej jestem twoją padawanką, prawda? - Zapytała cicho z niepewnością w oczach. Wydawało jej się, że to jest najgłupsze pytanie jakie mogła zadać, ale po prostu musiała. Nikt jej tego nie powiedział.
- Oczywiście, Smarku, jak mogłoby być inaczej? - Odpowiedział podchodząc do niej. Popatrzyła na niego uśmiechając się z ulgą.
- No bo... Sama nie wiem. Nikt tego nie powiedział... Wiem, że to głupie. - Westchnęła potrząsając głową. - Po prostu... - Przestała mówić kiedy ją przytulił. Przez chwilę nie reagowała, otworzyła szeroko oczy jednak szybko je zemknęła i wtuliła się w niego. - Ja już nic nie wiem. - Powiedziała cicho niechętnie zauważając, że lekko drży. Anakin chyba to wyczuł bo pogłaskał ją uspokajająco po plecach.
- Spokojnie, Smarku. 
Potrząsnęła głową spazmatycznie łapiąc oddech.
-Ale... Co o mnie powiedzą klony? Rex widział jak z nimi walczyłam. - Wyszeptała czując, że znowu pieką ją oczy. - Jak ja mam im się pokazać? - Skuliła się ukrywając twarz w jego ramieniu.
To było najgorsze, o czym mogła teraz pomyśleć. Nie zabiła żadnego klona, nie potrafiłaby, ale uciekając musiała z nimi walczyć i nie umiała sobie tego wybaczyć. Ci żołnierze przez te kilka lat stali się dla niej czymś podobnym do rodziny, a przecież rodziny nie ogłusza się uciekając przed czymś, czego się nie zrobiło. Czy jeszcze kiedyś popatrzą na nią tak, jak dawniej? Wybaczą jej? Zaufają?
- Normalnie, Ahsoko, nie gadaj głupot. Znają sytuację, na pewno nikt nie będzie miał do ciebie żalu. - Próbował ją przekonać Anakin. - Jeżeli ktokolwiek będzie miał z tobą jakiś problem osobiście dopilnuję, żeby za to odpowiedział. - I to miało ją uspokoić?! Coś mu nie wychodziło.
- A co jeżeli... jeżeli sama nie potrafię... - zająknęła się czując, że jej policzki robią się wilgotne.
- Przestań, robiłaś to, co uważałaś za konieczne, nie miałaś wyboru. - Odpowiedział sadzając ją na parapecie jakby nic nie ważyła. 
Nie mogła przestać płakać. Już nie myślała jedynie o klonach. Myślała o wszystkim, co ostatnio się z nią działo, zaczynając od tego czemu to musiała być właśnie ona. Czemu Barrissa zrobiła to akurat jej? Dawniej się przyjaźniły, dwa tygodnie temu nie miałaby co do tego żadnych wątpliwości, więc jak ona mogła coś tak podłego zrobić właśnie jej? To mógł być ktokolwiek, więc czemu właśnie na nią padło?! Czuła się jakby została zdradzona jeszcze raz przez sam fakt, że to właśnie ona została w to wciągnięta.
Straciła rachubę czasu siedząc i po cichu płacząc w ramię Anakina. Czuła się naprawdę głupio. Wcześniej nigdy nie płakała przy nim, obojętnie jak źle było. Zawsze wiedzieli kiedy coś było nie tak, ale nigdy nie pozwoliła sobie na taką słabość przed swoim mistrzem, chociaż teraz był dla niej bardziej jak brat. A przez ostatnie kilka dni zachowywała się jak rozchwiana emocjonalnie małolata, która nie potrafiła sobie poradzić z własnymi emocjami.
Całą siła woli zmusiła się do otworzenia oczu, powstrzymania łez i odsunięcia się od niego.
- Przepraszam, ja... - Mruknęła ocierając policzki i oczy wierzchem dłoni.
- Nie masz za co, Ahsoko. - opowiedział zastępując jej dłonie własnymi. Zadrżała kiedy przejechał kciukiem po jej mokrym policzku, ale nic na to nie powiedziała. 
- Właśnie, że mam. Od kilku dni zachowuję się jak kompletne dziecko. - westchnęła uciekając wzrokiem gdzieś w bok.
- Przesadzasz, to nie twoja wina, sporo przeszłaś i tyle. - Nie patrzyła na niego, ale mogła sobie doskonale wyobrazić jak wywraca oczami i uśmiecha się pocieszająco, typowy Rycerzyk. - I nie pyskuj mi ten jeden raz. - Dodał kiedy już otwierała usta, żeby odpowiedzieć. 
Zamiast cokolwiek powiedzieć ziewnęła cicho i przetarła oczy. Naprawdę chciała się w końcu położyć i zasnąć. Już zdążyła zauważyć, że zrobiło się całkowicie ciemno. 
- Powiedzmy, że muszę się z tobą zgodzić. - Mruknęła zsuwając się z parapetu. - Poza tym dawno nie spałam na normalnym łóżku, a przynajmniej nie tyle, ile bym chciała. - Westchnęła przeciągając się. Ostatnio spała albo w miejscach nienadających się do spania, albo na twardej pryczy w celi, ale i tak mogła przespać co najwyżej kilka marnych godzin. 
- Idź spać, przyda ci się. - Stwierdził opierając się o ścianę.
- Dzięki za pozwolenie mamo. - Prychnęła cicho z lekkim rozbawieniem. - I nie patrz tak na ten komunikator, tylko po prostu zadzwoń. - Dodała widząc czym nagle zainteresował się jej mistrz.
Oczywiście, w końcu było już tak późno... Na pewno myślał o Padme, dałaby sobie za to uciąć obie ręce i nogę. I naprawdę ją to bawiło. Miała wrażenie, że zaraz wyzna miłość urządzeniu trzymanemu w dłoniach. A kiedy widziała jak stara się utrzymać w tajemnicy swój związek miała wrażenie, że to jest lepsze niż jakakolwiek komedia. Że też szybciej się nie domyśliła...
- A kto powiedział, że mam zamiar gdzieś dzwonić? - Zapytał unosząc na nią wzrok.
- Ostatnio ciągle to robisz... Poza tym patrzysz na ten komunikator jak na miłość życia. - Zaśmiała się. - Ale z drugiej strony... Zamiast dzwonić mógłbyś przestać udawać i po prostu tam pójść. - Stwierdziła wpatrując się w niego z rozbawieniem w lekko zaczerwienionych od łez oczach. 
- Gdzie miałbym iść? - Wydawał się naprawdę zaskoczony, chociaż to pewnie przez to, że dawała mu do zrozumienia, że coś podejrzewa.
- Przestań udawać, że nie wiesz o czym mówię, bo oboje wiemy, tylko ty nie wiesz, że ja wiem. - Wywróciła oczami. - A jak tam będziesz to pozdrów Padme. - Dodała parskając cichym śmiechem. 
Nie wiedziała czego się spodziewała, ale na pewno nie tego, że się zarumieni, może tak ledwie zauważalnie, ale jednak.
- Chwila... Skąd ty...? - Teraz przyglądał się jej szeroko otwartymi oczami z wyrazem porządnego zaskoczenia na twarzy. 
- Na Moc... Masz mnie za głupią, ślepą, głuchą czy wszystko na raz? - Zapytała poważniejąc. Skrzyżowała dłonie na piersi i wpatrywała się w niego spod przymrużonych powiek.
- Nic z tego, o tobie nie powiedziałem...
- Ale zachowujesz się jakbym właśnie taka była. Wiesz, naprawdę bawią mnie te wasze niby niezauważalne wyznania miłości. - Pokręciła głową i wymownie wzniosła oczy na sufit. - Myślicie, że nic nie widzę, ale jest na odwrót... Tylko dopiero niedawno zrozumiałam o co chodzi. - Dobrze wiedziała, że na nią patrzy i jako tako stanowiło to dodatek do zabawy. Na pewno próbował zrozumieć jak się domyśliła i ile wiedziała, pewnie też zastanawiał się jakim cudem w ogóle się domyśliła. 
- Jak? - Zapytał w końcu, a to pytanie przez chwilę wisiało między nimi.
- Zawsze dało się zauważyć, że... No jesteście ze sobą trochę bliżej, ale zrozumiałam dopiero kiedy przyszliście razem do mnie, kiedy... No wiesz. - Końcówkę wypowiedziała prawie szeptem. - Poza tym myślałeś, że nie wyda mi się podejrzane, że nagle zamiast znikać po prostu dzwonisz? - Zaśmiała się.
- Racja. - Pokręcił głową jakby dopiero to do niego dotarło. - Przepraszam, Smarku, może... 
- Żadne może, powiedzmy, że wspaniałomyślnie wybaczę ci wszelkie grzechy, kłamstwa i zbrodnie, ale teraz zamiast próbować się nieskładnie tłumaczyć zbieraj się i ruszaj tą swoją bohaterską dupę, bo inaczej sama cię zaprowadzę. - Ucięła mu starając się brzmiąc tak poważnie, jak tylko potrafiła. 
Teraz naprawdę go zaskoczyła, nigdy tak z nim nie rozmawiała. Miało się wrażenie, że była gotowa ukarać go za nieposłuszeństwo jak małego chłopca.
- I ciebie tak kochają młodziki? Chyba zacznę im współczuć. - Zaśmiał się widząc jej groźną minę.
- Zbaczasz z tematu... A co do zboczeń: spróbuj tylko przedwcześnie zrobić ze mnie ciotkę, a obiecuję ci, że popamiętasz mnie na wieki. I zamiast stać i patrzeć na mnie jakbyś pierwszy raz widział mnie na oczy zabieraj się stąd. - Tym razem zamiast czekać na jego reakcję wykorzystała jego zaskoczenie i wypchnęła go z pokoju. 
- Hej! Co cię nagle interesuje moje...
- Och, poważnie powiesz to głośno? Tak, wiem jak się robi dzieci, nie potrzebuję wykładu i nie potrzebuję informacji co wy tam robicie, naprawdę, nie chcę wiedzieć. A teraz już cię nie widzę bo ta rozmowa robi się dziwna. - Syknęła ostatni raz go popychając. 
Jeszcze obejrzał się na nią, ale ona dała mu wyraźny znak rękami, że ma się zabierać. Zaśmiała się kręcąc głową z niedowierzaniem, że właśnie to zrobiła po czym zamknęła drzwi do swojego pokoju i padła na łóżko wzdychając cicho.
~~~
"Napiszę coś na poważnie." Pomyślała Des, a kiedy otworzyła posta wszystko poszło się j*ać! No może przynajmniej na końcu. No, ale musiałam no... I nie gadać mi tu, że Ahsoka nie wiedziała bo wiedziała. Może mam sklerozę, ale pamiętam, że to jej "Wiem." na sam koniec oznaczało, że wie o Anidali, ha oficjalnie potwierdzone, a kto ma problem... Cóż, to nie mój problem. The End! Znając mnie nie napiszę nic przez pierdyliard lat świetlnych, więc od razu dodam: Wesołego jajka! Wika, wybacz, ale w prezencie nie dostaniesz niczego w stylu "Anakin się rozmnożył, bój się galaktyko!". I tak mnie kochasz :3
Soł... Odmeldowuję się
Des/Lucy out

środa, 2 kwietnia 2014

Prolog

Sala Wysokiej* Rady Jedi była oświetlona przez pomarańczowe światło zachodzącego słońca. Młoda Togrutanka stała naprzeciw sześciu mistrzów i jednego rycerza Jedi. Nic nie powiedziała, nie wykonała żadnego zbędnego ruchu, po prostu stał i patrzyła w oczekiwaniu. Bo ona nie była zobowiązana do niczego wobec nich i każdy przyznałby jej rację. Może i była siedemnastoletnim szczeniakiem, którego można było posądzić o dziecinnego focha, ale w tej sytuacji nie miała sobie zupełnie nic do zarzucenia. Patrzyła na nich zachowując obojętny wyraz twarzy, pomijała jedynie Anakina, to nie była jego wina. On chciał dobrze, nikt nie musiał jej tego tłumaczyć. Ale cała Rada, z której połowa właśnie stała przed nią była winna wszystkiemu, co jej się stało.
I pomyśleć, że miałam ich za rodzinę, przynajmniej w jakimś stopniu. Prawie słyszała swoje ciche prychnięcie, od którego powstrzymała się jedynie dla zachowania pozorów. Rodzina nie oskarżyłaby jej o coś takiego, nie wydałaby jej na śmierć, nie zrobiłaby niczego z tego, co oni zrobili. I to ją bolało najbardziej. Zdradzili ją, nie ufali jej, potraktowali jak zwykłego przestępcę, którym nie była. Starzy hipokryci! Mówili, że trzeba zaufać Mocy, gdyby chociaż łaskawie spróbowali posłużyć się tą umiejętnością to wiedzieliby, że mówiła prawdę. I co? Oskarżyli ją o kłamstwa, wyrzucili z Zakonu jakby nic nie znaczyła i praktycznie skazali na śmierć. A wystarczyłoby posłużyć się jedną z podstawowych umiejętności. Pomijając już to, że powinni jej chociaż w pewnym stopniu ufać. Czy nie udowodniła, że jest coś warta? Że można jej ufać? Że nie jest taka podła? Może i była tylko nic niewartą uczennicą, ale to powinni wiedzieć! Tylko Anakin jej wierzył, tylko on tak naprawdę chciał jej pomóc.
Pierwszy odezwał się do niej mistrz Plo. Popatrzyła na niego i poczuła ukłucie w sercu. Był dla niej jak ojciec, którego nigdy nie miała. Kiedy większość mistrzów wydawała się jej tak odległa jakby byli oni jakimiś nierealnymi istotami, on był dla niej najbliższą osobą poza Anakinem. I tak naprawdę nie potrafiła uwierzyć, że on też był przeciwko niej, wiedziała, że jej ufał... A kiedy ją przeprosił poczuła się jakby zaraz maska obojętności miała z niej opaść. Chciała być znowu małą dziewczynką, która bezkarnie mogłaby się przytulić do niego. Nie mogła. Nie była już małą dziewczynką.
Później każdy z obecnych mistrzów dodawał coś od siebie, że niedawne wydarzenia mogą uznać, za próbę jej siły, że Moc działa na niezbadanych ścieżkach i inne bzdety, które byłe jedynie zwykłą próbą wykrętów od odpowiedzialności. I już nikt poza mistrzem Plo jej nie przeprosił. A ona chciała przerwać i wywrzeszczeć im prosto w twarze wszystko, co sądziła o takim zachowaniu, że to czysta hipokryzja, że unikają odpowiedzialności, że nie mają dość godności, żeby przyznać się do popełnienia błędu. Ba, gigantycznych rozmiarów błąd, który mógł ją kosztować życie! I mówili o tym z takim spokojem? Teraz naprawdę chciała ich pobić.
Zachowała obojętność do końca przemowy mistrza Yody. Wtedy Anakin podszedł do niej. Popatrzyła na niego, ale w jej oczach nadal nie dało się zauważyć jakichkolwiek głębszych uczuć. Oczywiście tylko udawała i oboje to wiedzieli. Już wcześniej wysłuchał jej monologu na temat tego co sądzi o Radzie i wszystkim co związane było z ostatnimi wydarzeniami z jej życia. Wtedy pierwszy raz nie przerwał jej ani na chwilę, nie upomniał, nie wspomniał nawet nic o przekleństwach czy panowaniu nad sobą. Po prostu słuchał, patrzył jak wyżywa się na przypadkowych przedmiotach, powiedział, że rozumie, a potem przytulił. Wtedy rozpłakała się jak dziecko. Kiedy wszystko z siebie wyrzuciła nie zostało nic poza bezsilnością i bólem. Bo to bolało, świadomość, że wszystko, w co wierzyła rozpadało się na jej oczach, że nie mogła już prawie nikomu zaufać. Zmęczenie, frustracja i emocje hamowane przez wszystkie te okropne dni w końcu przekroczyły dopuszczalny poziom i w jednej chwili uczyniły z niej bezbronną istotkę, która nie była w stanie nawet samodzielnie ustać. Pierwszy raz pozwoliła sobie na taką otwartość przy nim, ale nie czuła wstydu. Miała do tego prawo.
- Proszą cię o powrót, Ahsoko. - powiedział sięgając do kieszeni. - Ja cię proszę. - Poczuła jak coś w niej drgnęło i nie mogła dłużej udawać. Popatrzyła na niego czując, że oczy zaczynają ją piec. Głupie oczy, czemu muszą ją zdradzać? Ledwie powstrzymała drżenie rąk. Widziała, co trzymał na otwartej dłoni. Jej warkoczyk padawana, który został zmuszony sam jej odebrać zaledwie kilka dni temu.
Patrzył na nią jakby był pewien, że zna odpowiedź. Mimo wszystko nadal wierzył, że zostanie. A ona nie wiedziała co zrobić. Bała się. Czegokolwiek by nie postanowiła męczyłoby ją to potem do końca życia. Co miałaby zrobić gdyby odeszła? Nie miała co ze sobą zrobić. Całe jej życie było związane z byciem Jedi, bez tego nie miała nic. Ale powrót oznaczałby, że zgodziła się z Radą, że pozwoli im myśleć, że oddali jej przysługę. I wiedziała, że Zakon tak naprawdę jest zepsuty właśnie przez Radę, która dbała głównie o swoje interesy. Dopóki to się nie zmieni nie będzie lepiej. Nie chciała dalej życia w fałszywej sławie, była żyjącym dowodem na to, jaka Rada jest naprawdę. Jeżeli odejdzie może w końcu coś się zmieni? Albo chociaż inni zauważą problem.
W pomieszczeniu panowała cisza. Wszyscy czekali na odpowiedź Togrutanki, która z wahaniem patrzyła to na Anakina to na warkoczyk padawana. Jej dłonie lekko drżały kiedy niezdecydowana wyciągała je w stronę ręki Skywalkera, a po chwili cofała. Nikt nie mógł jej pomóc w tym wyborze, a ona wyglądała jakby miała się załamać. Na wierzch wypływała cała jej niewinność, która jakimś cudem jeszcze przetrwała. Anakin chciałby móc jej pomóc, ale nie wiedział jak. Nie mógłby jej przekonywać, żeby została, nie po tym, co już się stało. On po czymś takim na pewno chciałby odejść, jednak patrząc na nią nie mógł powstrzymać chęci zachowania się jak kompletny egoista. Bo mimo wszystko nie chciał pozwolić jej odejść, nie mógł... To była Ahsoka, jego mały, albo już nie taki mały Smark, jak mógł pozwolić jej odejść? Nie potrafiłby się z tym pogodzić. Nie mógłby spokojnie zasnąć nie mając całkowitej pewności, że jest bezpieczna. Ale kiedy patrzył na jej wyraz twarzy już słyszał odmowę i czuł się jakby fragment jego serca był powoli wyrywany mu z piersi.
- Mistrzu ja... - Ahsoka zachłysnęła się powietrzem próbując dokończyć wypowiedź. Nie mogła. Spojrzała mu w twarz i nie mogła skończyć zdania. Miała go przeprosić i powiedzieć, że nie wróci, ale coś ją powstrzymywało. Czy naprawdę tak to zakończy? Odejdzie z opuszczoną głową tracąc wszystko, co miała? Czy to było wyjście? Nie chciała wracać bo Rada jej nie zaufała i ona nie ufała im, bo przez nich cały Zakon był zepsuty. Coś jej mówiło, że to nie było już jej miejsce. Ale czy potrafiłaby odejść skoro nawet nie mogła tego powiedzieć? Gdyby to zrobiła nie dość, że zostałaby ofiarą, czego nie chciała, to nic by to nie dało. Rada nadal byłaby taka sama, bo nic nie zmieni usposobienia jej członków, bynajmniej części z nich. A ona przy okazji zraniłaby wszystkich, którym na niej zależało. Uświadomiła to sobie patrząc na Anakina. Mimo, że się starał znała go za dobrze, żeby nie wiedzieć co się dzieje. Wiedziała, że będzie cierpiał i nie mogłaby żyć z samą sobą gdyby pozwoliła, żeby tak się działo. A przecież nie chodziło tylko o niego.
- Wrócę. - powiedziała ledwie słyszalnym głosem wędrując wzrokiem w dół, na swoje buty. W kilka krótkich chwili przestała pojmować co było lepszym wyjściem, teraz jednak pojawiało się coraz więcej wątpliwości i wstyd, że nie odpowiedziała inaczej. Jednak już postanowiła. Zostanie, a ci hipokryci popamiętają ją. Poza tym kiedyś będą musieli umrzeć, wtedy przyjdzie kolej, żeby ktoś inny zajął ich miejsca, ktoś lepszy...
Uniosła wzrok na Anakina, który patrzył na nią z niekrytym niedowierzaniem i ulgą. Była pewna, że to nie tylko to, ale jednak trzeba było udawać, że chociaż trochę się nad sobą panuje.
- Ale skończmy już tą rozmowę, chcę w końcu o tym zapomnieć. - dodała nieco głośniej i mimo proszącego, niewinnego tonu nie dało się ukryć, że posłała jadowite spojrzenie w stronę mistrzów. Udawali, że tego nie widzą. Mogliby chociaż udawać, że czują się minimalnie winni. W końcu stwierdziła, że to przecież musi być poniżej ich godności... Może nie wszystkich. Upomniała się przypominając sobie o mistrzu Plo.
Anakin krótko skinął głową i nie czekając na odpowiedź któregoś z członków Rady zabrał ją do wyjścia. Dopiero kiedy sami jechali windą bez żadnego ostrzeżenia przytulił ją mocniej niż kiedykolwiek. Odwzajemniła uścisk czując, że jej stopy znalazły się kawałek nad podłożem. To było najlepsze zapewnienie, że wybrała dobrze.

~~~
Okey, prolog jest, czyli jednak nie wyobcowałam się z fandomu. Można to określić jako "Des znowu postanowiła się zbuntować przeciwko nieleżącym jej wątkom i zakończeniom." Ja anarchistka. Piszę to o godzinie 0.33, a jutro zapieprzam do szkoły, to chyba coś oznacza nie? No i zaznaczam: bez pierdolenia mi tu o Anisoce, bo to, co tu się stworzyło to akurat czysto nieromantyczne relacje. Nie powiem nic o rodzeństwie bo na mój obecny status czytania pewnej serii shipuję razem brata i siostrę... Nie dopowiem nic na swoją obronę bo spojler. Widać, że nie zmieniłam jedynie ff, ale... No trochę się zmieniło. Będą nowe OC (wiadomo kto kogo już pokochał) i ogółem charaktery się trochę odmienią, chyba wiadomo czyj najbardziej. I tak, fragmenty można uznać za zaskakująco nie w moim stylu... Ostatnio wręcz połknęłam na raz dwie genialne książki, to przez to. 
*Nie wiem czy dawać to "Wysokiej" czy nie, ale stwierdziłam, że bez tego wygląda łyso jak łeb Pitbulla, a nie chcę z nim duetu, więc to jest jakieś takie bezsensowne usprawiedliwienie.
** Dla tych bardziej ogarniętych w nieogarniętości internetów: nie będzie seksów w windzie, nawet czysto bezuczuciowych! Kocham Was Zboki <3